Zdrowie duszy: widzenie światła
Tym, co liczy się najbardziej w ludzkiej podróży i naszym dążeniu do uleczenia, zdrowia i pełni na wszystkich poziomach człowieczeństwa, jest miłość.
Czternastowieczne dzieło mistyczne Chmura niewiedzy podkreśla korzyści, jakie człowiek czerpie z praktykowania medytacji. Nieznany autor wyjaśnia, że ma ona korzystny wpływ na każdy aspekt życia medytującego, na jego temperament, relacje, a nawet wygląd. Osobom, które dopiero rozpoczynają medytację, anonimowy pisarz radzi, aby pozostawały w dobrym zdrowiu, ponieważ dzięki temu będą mogły medytować łatwiej i skuteczniej.
Te dwie uwagi interesująco współbrzmią z wynikami współczesnych badań naukowych, które solidnie dokumentują zarówno fizyczne, jak i psychiczne korzyści płynące z medytacji. W tym świetle uwagi zawarte w Chmurze... mogą brzmieć naiwnie. Neurologia medytacji wydaje się znacznie bardziej od niej złożona i zaawansowana. Natomiast zalecenie pozostawania w dobrym zdrowiu po to, aby móc medytować, ujawnia istotne różnice w priorytetach. Większość lekarzy i psychologów zaleca medytację z uwagi na zdrowotne korzyści, jakie ze sobą niesie. Chmura... mówi natomiast: „Bądź zdrowy, byś mógł medytować”.
Do czego chrześcijaninowi medytacja
Medytacja stała się płaszczyzną szukania nowego rozwoju duchowego i więzi z Bogiem.
z ks. Jackiem Prusakiem SJ rozmawia Magda Brzezińska. Ks. Prusak jest teologiem, psychoterapeutą, publicystą i redaktorem „Tygodnika Powszechnego”. Finalizuje doktorat z psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ostatnio wydał książkę Poznaj siebie. Spotkasz Boga.
- W latach 70. ubiegłego wieku medytację chrześcijańską zaczął propagować benedyktyn ojciec John Main, który sięgnął do tradycji sprzed piętnastu stuleci. Dlaczego na tak długo zniknęła ona ze świadomości chrześcijan?
John Main nawiązywał głównie do pism Jana Kasjana i Ojców Pustyni, którzy pisali o medytacji chrześcijańskiej jako praktyce modlitwy monologicznej, czyli składającej się z jednej tylko formuły lub słowa, i praktykowanej jako akt strzelisty przez mnichów bądź pustelników. Na bazie tej modlitwy zaczęła się rozwijać tzw. modlitwa Jezusowa poprzez synchronizację słowa/wezwania z oddechem. Wdrażana była poprzez bezpośredni kontakt uczeń – nauczyciel. Szczególnie żywa była w IV–VI wieku, kiedy rozkwit przeżywał eremityzm chrześcijański, pojawiały się eremy i pierwsze reguły życia monastycznego.
Na właściwej drodze
Medytacja ma wielką moc, może zmienić nasze życie. Jest też niezwykle prosta. Dzięki medytacji mogę pić z czystego źródła życia we mnie samym. To mnie wzbogaca, daje radość.
Agnieszka Chrzanowska: Z wykształcenia jest Ojciec magistrem literatury, w przeszłości pracował dla ONZ, ale w którymś momencie całkowicie zmienił swoje życie. Skąd taki zwrot?
Laurence Freeman: To nie była decyzja jednej chwili. Z medytacją zetknąłem się na drugim roku studiów, za sprawą Johna Maina. Wcześniej poszukiwałem swojej drogi, czytałem literaturę mistyczną. Szukałem Boga, ale były to poszukiwania intelektualne. Gdy John Main zapoznał mnie z medytacją, zrozumiałem, że otworzyła się przede mną prawdziwa droga, ale nie potrafiłem ogarnąć jej umysłem. Byłem zagubiony. Po raz pierwszy dostrzegłem dystans dzielący umysł i serce. Zacząłem medytować, ale nieregularnie, bez żadnego wsparcia. Znajdowałem się na życiowym zakręcie, nie byłem pewny, co chcę robić. Przez jakieś dwa lata pracowałem w banku – nie dlatego, że się do tego nadawałem, po prostu chciałem zobaczyć, jak wygląda takie życie. Potem zająłem się dziennikarstwem. W tym okresie dowiedziałem się, że John Main wrócił do Anglii i szuka młodych mężczyzn, którzy chcieliby przez pół roku żyć w odosobnieniu. Pomyślałem, że to dla mnie dobra okazja, żeby nauczyć się medytować. Było to ważne doświadczenie. Dużo się o sobie dowiedziałem, nauczyłem się pokory, za sprawą Johna Maina poznałem prawdziwą medytację. Mimo to z ulgą wróciłem po sześciu miesiącach do prawdziwego świata. I ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu odkryłem, że nie znajduję w sobie żadnego entuzjazmu do pracy w banku czy w dziennikarstwie.
Moja karma
Dzięki zazen zmniejsza się prawdopodobieństwo, że będziemy czynić tak straszne rzeczy jak Holocaust. Odkrywamy, że cały wszechświat jest intymną częścią nas samych - wtedy pojawia się miłość i współczucie opowiada roshi Jakusho Kwong.
Roshi Jakusho Kwong jest mistrzem zen w tradycji japońskiego zen soto. Jest założycielem i opatem Sonoma Mountain Zen Center w Kalifornii oraz nauczycielem Buddyjskiej Wspólnoty Zen Kannon w Polsce i Natthagi Zen Center w Islandii. Prowadzi grupowe odosobnienia, udziela indywidualnych nauk, wygłasza wykłady, uczestniczy w chrześcijańskich medytacjach w klasztorze benedyktynów w Lubiniu.
Należałem do pokolenia bitników. Nosiliśmy długie włosy i ubieraliśmy się inaczej niż większość ludzi. Czytaliśmy Ginsberga. Szukaliśmy czegoś. W tym okresie zetknąłem się z nauczaniem Ojców Pustyni – pierwszych mnichów chrześcijańskich. Odnalazłem zdanie, które jest ze mną do dziś: „Największy lęk Ojców Pustyni to zobaczyć Boga”. Kiedy przyjechałem do Polski z mistrzem zen Seung Sahnem w 1987 roku, poznałem ojca Jana Berezę, benedyktyna.



