Felietony
poniedziałek, 13 czerwca 2011 08:41
Łza na rzęsie mi się trzęsie
Dawno, dawno temu napisałam taką piosenkę:
Łza na rzęsie mi się trzęsie
Ach!
Trzęsie mi się łza na rzęsie
Strach!
Raz w niedzielę przy kolacji
Się znalazłam w sytuacji...
Co tu kryć... no... niewesołej...
Powiedziałeś, tak przy stole,
że ogólnie to nas lubisz,
tylko ten sens życia gubisz...
To co ja mam zrobić w takiej sytuacji?!
Chyba się z tobą rozwiodę
Zabiorę ze sobą młode,
Bo ty na moją urodę nie patrzysz już.
Chyba odejdę z wanienką,
Młode zobaczysz nieprędko.
A ty, jak głupi, z panienką
Zostaniesz sam.
Dobiło mnie, że Małgośka
Też wiedziała, że kogoś ka
Tegorycznie namawiałeś,
(choć co prawda potem zwiałeś),
by pojechać na kraj świata,
bo tu sensu życia brak
to tak?!
Powiedziała mi też Zocha,
Której nigdy nikt nie kochał,
Że słyszała jak ty, w windzie,
Tłumaczyłeś temu Lindzie,
Że ogólnie to jest nieźle,
Tylko sensu życia brak...
To tak?!
Chyba się z tobą rozwiodę... itd.
Ktoś mi rzucił mimochodem
Pijąc dużą whisky z lodem,
Że lubiłeś także Jolkę,
(Zanim jeszcze była z Bolkiem)
Whisky wyjął ktoś z kredensu
Poszukując życia sensu...
Łza na rzęsie mi się trzęsie – ach
Trzęsie mi się łza na rzęsie – strach!
Chyba się z tobą rozwiodę
Zabiorę ze sobą młode,
Bo ty na moją urodę
Nie patrzysz już!
Chyba odejdę z kredensem
I łzę zabiorę i rzęsę
A ty jak durny z tym sensem
Zostaniesz sam!
Dlaczego przypomniał mi się tamten lament? Dzisiaj, kiedy:
1. Ona już dawno po rozwodzie.
2. On już wypił wszystko, co było do wypicia, a sensu nie znalazł.
3. Młode już stare i na swoim.
4. Kredens zmurszał, wanienka wypadła z balkonu.
5. Jolka i Bolek w zaświatach...
Why? Chyba tylko dlatego, że łza na rzęsie mi się trzęsie jak dawno nie i że... strach. Przyznam się przed czym ten strach, bo i do nieodważnych świat powinien trochę należeć. Otóż w młodości miałam bardzo dobry słuch i wzrok. Ze słuchem jeszcze nie jest najgorzej, ale ze wzrokiem – udręka. Przez kilka lat, jako notorycznie młoda wewnętrznie kobieta, próbowałam to jakoś ukrywać sama przed sobą, ale ostatnio postanowilam, że pójdę do mądrych lekarzy. Bo coś widzi mi się, że coraz gorzej widzi mi się. I to nie jest wcale żadne widzimisię – po prostu oczy zaprotestowały przeciwko czytaniu książek, ślęczeniu nad (przy?) komputerem(rze?), oglądaniu filmów. Lekarze byli bezlitośni – to jest zaćma. I trzeba ją operować. Jak najszybciej, póki pani nie jest jeszcze taka stara – poradzili.
Jeszcze nie taka stara?
Do bezapelacyjnie młodej mówią takie rzeczy?! „Ja nie jestem taka stara, ja tylko tak wyglądam” – mawiała Marysia Czubaszek i to mnie bardzo śmieszyło przez lata. A od dzisiaj jakoś mniej śmieszy. I kiedy to się porobiło? I jakim cudem ja tego nie zauważyłam? Ano takim, gdyż, ponieważ, albowiem „bo nie ten, bo nie ten już wzrok”, jak pisał Jeremi Przybora w piosence „Wesołe jest życie staruszka”. To czym ja miałam to wszystko zauważyć? Zamglonymi oczami, a nawet oczyma? Boże, czego to ja nie zauważałam ostatnio! Dopiero teraz sobie to uświadomiłam. Zaćma jedna. Mam pozwolić, żeby zagmatwała i zaciemniła mi wszystko jeszcze bardziej? Naurągałam jej, naprotestowałam daremnie, aż w końcu pomyślałam, że może ona wie co robi, że tak mnie nachodzi bezpardonowo i bez uprzedzenia? Może chce, żebym wreszcie wydoroślała?
Może zaćma
Znać mi dać ma
Że z młodością
Już nie będzie tak jak było?
I co to się porobiło?!
Na zaćmę mawia się też katarakta. Katarakta
Taka jak ta
Raczy nam zasugerować
Że młodością tak za długo
Nie przystoi się radować?
Wierszyki na pocieszenie. Własne, bo za kilka godzin już druga operacja. I z okazji tej operacji myślę sobie o tym, jak szeroki jest wachlarz możliwości bycia kimś dla drugiego człowieka. Od bycia podporą do bycia kamieniem u szyi.
Długie lata bywałam podporą dla wielu i na myśl o kamieniu u szyi... mam pietra. Nie ma co udawać bohatera.
Ale i mam zamiar się nie mazgaić. Powalczyć, dzięki pomocy lekarzy... i wygrać. I znowu czytać do woli! Z taką nadzieją żegnam na jakiś czas. Ej, łza się w oku kręci. Zaćmionym. Ale ponieważ podobno czas nas uczy pogody, mam nadzieję, że przejrzę wreszcie na oczy, a Państwu życzę rozległych widoków na przyszłość.
I całe to nasze życie traktujmy jednak z przymrużeniem oka.
Łza na rzęsie mi się trzęsie
Ach!
Trzęsie mi się łza na rzęsie
Strach!
Raz w niedzielę przy kolacji
Się znalazłam w sytuacji...
Co tu kryć... no... niewesołej...
Powiedziałeś, tak przy stole,
że ogólnie to nas lubisz,
tylko ten sens życia gubisz...
To co ja mam zrobić w takiej sytuacji?!
Chyba się z tobą rozwiodę
Zabiorę ze sobą młode,
Bo ty na moją urodę nie patrzysz już.
Chyba odejdę z wanienką,
Młode zobaczysz nieprędko.
A ty, jak głupi, z panienką
Zostaniesz sam.
Dobiło mnie, że Małgośka
Też wiedziała, że kogoś ka
Tegorycznie namawiałeś,
(choć co prawda potem zwiałeś),
by pojechać na kraj świata,
bo tu sensu życia brak
to tak?!
Powiedziała mi też Zocha,
Której nigdy nikt nie kochał,
Że słyszała jak ty, w windzie,
Tłumaczyłeś temu Lindzie,
Że ogólnie to jest nieźle,
Tylko sensu życia brak...
To tak?!
Chyba się z tobą rozwiodę... itd.
Ktoś mi rzucił mimochodem
Pijąc dużą whisky z lodem,
Że lubiłeś także Jolkę,
(Zanim jeszcze była z Bolkiem)
Whisky wyjął ktoś z kredensu
Poszukując życia sensu...
Łza na rzęsie mi się trzęsie – ach
Trzęsie mi się łza na rzęsie – strach!
Chyba się z tobą rozwiodę
Zabiorę ze sobą młode,
Bo ty na moją urodę
Nie patrzysz już!
Chyba odejdę z kredensem
I łzę zabiorę i rzęsę
A ty jak durny z tym sensem
Zostaniesz sam!
Dlaczego przypomniał mi się tamten lament? Dzisiaj, kiedy:
1. Ona już dawno po rozwodzie.
2. On już wypił wszystko, co było do wypicia, a sensu nie znalazł.
3. Młode już stare i na swoim.
4. Kredens zmurszał, wanienka wypadła z balkonu.
5. Jolka i Bolek w zaświatach...
Why? Chyba tylko dlatego, że łza na rzęsie mi się trzęsie jak dawno nie i że... strach. Przyznam się przed czym ten strach, bo i do nieodważnych świat powinien trochę należeć. Otóż w młodości miałam bardzo dobry słuch i wzrok. Ze słuchem jeszcze nie jest najgorzej, ale ze wzrokiem – udręka. Przez kilka lat, jako notorycznie młoda wewnętrznie kobieta, próbowałam to jakoś ukrywać sama przed sobą, ale ostatnio postanowilam, że pójdę do mądrych lekarzy. Bo coś widzi mi się, że coraz gorzej widzi mi się. I to nie jest wcale żadne widzimisię – po prostu oczy zaprotestowały przeciwko czytaniu książek, ślęczeniu nad (przy?) komputerem(rze?), oglądaniu filmów. Lekarze byli bezlitośni – to jest zaćma. I trzeba ją operować. Jak najszybciej, póki pani nie jest jeszcze taka stara – poradzili.
Jeszcze nie taka stara?
Do bezapelacyjnie młodej mówią takie rzeczy?! „Ja nie jestem taka stara, ja tylko tak wyglądam” – mawiała Marysia Czubaszek i to mnie bardzo śmieszyło przez lata. A od dzisiaj jakoś mniej śmieszy. I kiedy to się porobiło? I jakim cudem ja tego nie zauważyłam? Ano takim, gdyż, ponieważ, albowiem „bo nie ten, bo nie ten już wzrok”, jak pisał Jeremi Przybora w piosence „Wesołe jest życie staruszka”. To czym ja miałam to wszystko zauważyć? Zamglonymi oczami, a nawet oczyma? Boże, czego to ja nie zauważałam ostatnio! Dopiero teraz sobie to uświadomiłam. Zaćma jedna. Mam pozwolić, żeby zagmatwała i zaciemniła mi wszystko jeszcze bardziej? Naurągałam jej, naprotestowałam daremnie, aż w końcu pomyślałam, że może ona wie co robi, że tak mnie nachodzi bezpardonowo i bez uprzedzenia? Może chce, żebym wreszcie wydoroślała?
Może zaćma
Znać mi dać ma
Że z młodością
Już nie będzie tak jak było?
I co to się porobiło?!
Na zaćmę mawia się też katarakta. Katarakta
Taka jak ta
Raczy nam zasugerować
Że młodością tak za długo
Nie przystoi się radować?
Wierszyki na pocieszenie. Własne, bo za kilka godzin już druga operacja. I z okazji tej operacji myślę sobie o tym, jak szeroki jest wachlarz możliwości bycia kimś dla drugiego człowieka. Od bycia podporą do bycia kamieniem u szyi.
Długie lata bywałam podporą dla wielu i na myśl o kamieniu u szyi... mam pietra. Nie ma co udawać bohatera.
Ale i mam zamiar się nie mazgaić. Powalczyć, dzięki pomocy lekarzy... i wygrać. I znowu czytać do woli! Z taką nadzieją żegnam na jakiś czas. Ej, łza się w oku kręci. Zaćmionym. Ale ponieważ podobno czas nas uczy pogody, mam nadzieję, że przejrzę wreszcie na oczy, a Państwu życzę rozległych widoków na przyszłość.
I całe to nasze życie traktujmy jednak z przymrużeniem oka.
Magda Umer, Pęcice Małe, 12 maja 2011 roku
Przeczytany 3741
poniedziałek, 13 czerwca 2011 08:47
Samorealizacja a użyteczność
Zerkam z tarasu na ogród kwitnący bez niczyjego pozwolenia. Niby ziemia uległa człowiekowi, a własne toczy życie. Na swej powierzchni, a pod nią zwłaszcza. Ptaki wydziobują posiane ziarenka trawy. Uczestniczyłem w kilku spotkaniach z młodymi ludźmi. Zajmują się oni tak zwaną trudną sztuką uprawiania pieśni bez tańca. Lubię bez tańca. Z tańcem też, ale bez tańca bardziej. Taniec bowiem stał się od jakiegoś czasu formą medialnej indoktrynacji.
Celebrytów tanecznym krokiem zapędzono w kozi róg błagalnych próśb o SMS-y (jakby liczba SMS-ów świadczyła o jakości nabytej umiejętności). Wracam jednak do rozmów z kandydatami na gwiazdy piosenki. Tancerze z pewnością poradzą sobie beze mnie.
Najtrudniej być prorokiem we własnym domu. Z owego dostojnego stanowiska upadam z hukiem każdego dnia, i nie jest to lot kontrolowany. A to za sprawą młodzieżowego buntu najstarszej nastolatki albo przenikliwej, pokojowo nastawionej inteligencji starszego syna. Precyzyjnego skrótu myślowego drugiej córki i błyskotliwie zaskakujących ripost syna młodszego. W sztuce strącania ojca z piedestału proroka wiek nie odgrywa żadnej roli! Próbując odnaleźć się w tym labiryncie upodleń, raz za razem spadam z cokołu i zalegam u jego stóp.
Czyli chyba swoich. Pokonany i bezbronny w kolejnej potyczce z żoną, otwieram lodówkę, by wkupić się choć w łaski psa. Zerkając spode łba, pies daje do zrozumienia, że tym nie podreperuję swojego statusu. Poza domem jednak wiedzie mi się lepiej. Staram się, nie zawsze umiejętnie, zachować ostrożność w dążeniu do radykalnych sądów. Wzruszają mnie błagalne spojrzenia kandydatów na przyszłe gwiazdy. Wraz z nimi usiłuję odpowiedzieć na podstawowe, nerwowe, powiększające czarną dziurę niepewności pytanie: jak do cholery zrobić karierę?!
Poszukiwania też lubię. To dotkliwa przyjemność.
Tym dotkliwsza, im więcej w pokornym spojrzeniu kandydata nadziei, oddania i zaufania. Ja oczywiście nie wiem „jak się robi karierę”, ale udaję, że wiem. W tym poszukiwaniu odpowiedzi spycham pytanie pierwszoplanowe na plan odległy i zaczynam swój dobrze znany taniec(!) nad ofiarą-kandydatem, opowiadając mu o swoich doświadczeniach, z których dla kandydata i tak niewiele wynika.
Wszak to moje doświadczenia i one są prawdopodobnie zupełnie nieprzydatne komukolwiek poza mną. Mówię o ryzyku, postawie, uczciwości, pracowitości (celowo przy tym unikam słowa „talent”), otwartości, umiejętności i chęci słuchania tych, którzy łają bez opamiętania – jeśli już poświęcają czas, to znaczy, że jakoś im zależy. A to rozwinę się na temat szacunku dla publiczności bez wchodzenia jej w tyłek albo o tym, że sam występ jest w całej zabawie najmniej interesujący, ale za to jakże stresujący. Że najważniejsze odbywa się między ludźmi, z ludźmi, wobec nich i dla nich.
Dla nich zwłaszcza.
Takie tam banały... I zaczynam pytać, co ci moi kandydaci są w stanie poświęcić dla tej obietnicy kariery, dla tego blasku piekielnego, dla tych piętnastu McLuhanowskich minut – będących podobno udziałem każdego z nas, tylko w różnym wymiarze, intensywności i nie zawsze zgodnie z zapotrzebowaniem. Bo jeśli już kariera nie za wszelką cenę, to... i tak przyjdzie zapłacić cenę stosownie
wygórowaną. Jakiej próby jest cierpliwość w dążeniu do? I jakie wielce ciekawe historie bez egzaltowanej pophisterii można by opowiedzieć innym, by ci inni zechcieli stawiać swoje mózgi na sztorc?
Oddać serce, nastroić dusze, zastrzyc uszami w poszukiwaniu brzmień i znaczeń palących wyobraźnię. Niepozwalających zapomnieć o przeżyciu nieuchwytnym, choć niekiedy intensywnie bolesnym. Pytam ich, ale właściwie to siebie pytam. Czy ja to kiedykolwiek potrafiłem, potrafię, czy będę potrafił? A jeśli to umiem, czy zdołam/zdołałem uniknąć pokusy manipulacji dla doraźnego zysku, dla chęci władzy nad wrażliwością i wyobraźnią słuchacza? Czy będę szczęśliwy z powodu odkrytych, czy nabytych umiejętności?
Czy to jest właśnie ten właściwy powód, dla którego chcielibyśmy pławić się w blasku sławy?
Być nieustająco na celownikach menedżerów, dziennikarzy, fanów. Bez prywatności, z nazwiskiem wypisanym drukowaną, oczojebną kursywą na gębie. Czy jesteśmy pewni, że zdobywając taką popularność, nie będziemy jej przeklinać? Czy nie uczynią z nas zwierzyny, łudząc pozostawieniem na miejscu myśliwego? Kto, kto, kto tak chce? Ręka w górę. Pracowitość, pokora, ambicja (talent niech czeka) pozwalają odkrywać nieznane dotąd możliwości. Niekiedy czyniąc z nas takich, jakimi chcemy siebie widzieć.
Ale czy to rzeczywiście wyczerpuje zakres możliwości rozeznania? Czy samorealizacja stanowi o naszej użyteczności, przydatności, prawdziwości tak zwanego istnienia? Dokonując inwersji, można zaryzykować stwierdzenie, że kto nie realizuje siebie, ten naprawdę nie istnieje.
Ptak fruwa, nie sieje, nie orze,a go podziwiają. Może ma jakiś talent.
Celebrytów tanecznym krokiem zapędzono w kozi róg błagalnych próśb o SMS-y (jakby liczba SMS-ów świadczyła o jakości nabytej umiejętności). Wracam jednak do rozmów z kandydatami na gwiazdy piosenki. Tancerze z pewnością poradzą sobie beze mnie.
Najtrudniej być prorokiem we własnym domu. Z owego dostojnego stanowiska upadam z hukiem każdego dnia, i nie jest to lot kontrolowany. A to za sprawą młodzieżowego buntu najstarszej nastolatki albo przenikliwej, pokojowo nastawionej inteligencji starszego syna. Precyzyjnego skrótu myślowego drugiej córki i błyskotliwie zaskakujących ripost syna młodszego. W sztuce strącania ojca z piedestału proroka wiek nie odgrywa żadnej roli! Próbując odnaleźć się w tym labiryncie upodleń, raz za razem spadam z cokołu i zalegam u jego stóp.
Czyli chyba swoich. Pokonany i bezbronny w kolejnej potyczce z żoną, otwieram lodówkę, by wkupić się choć w łaski psa. Zerkając spode łba, pies daje do zrozumienia, że tym nie podreperuję swojego statusu. Poza domem jednak wiedzie mi się lepiej. Staram się, nie zawsze umiejętnie, zachować ostrożność w dążeniu do radykalnych sądów. Wzruszają mnie błagalne spojrzenia kandydatów na przyszłe gwiazdy. Wraz z nimi usiłuję odpowiedzieć na podstawowe, nerwowe, powiększające czarną dziurę niepewności pytanie: jak do cholery zrobić karierę?!
Poszukiwania też lubię. To dotkliwa przyjemność.
Tym dotkliwsza, im więcej w pokornym spojrzeniu kandydata nadziei, oddania i zaufania. Ja oczywiście nie wiem „jak się robi karierę”, ale udaję, że wiem. W tym poszukiwaniu odpowiedzi spycham pytanie pierwszoplanowe na plan odległy i zaczynam swój dobrze znany taniec(!) nad ofiarą-kandydatem, opowiadając mu o swoich doświadczeniach, z których dla kandydata i tak niewiele wynika.
Wszak to moje doświadczenia i one są prawdopodobnie zupełnie nieprzydatne komukolwiek poza mną. Mówię o ryzyku, postawie, uczciwości, pracowitości (celowo przy tym unikam słowa „talent”), otwartości, umiejętności i chęci słuchania tych, którzy łają bez opamiętania – jeśli już poświęcają czas, to znaczy, że jakoś im zależy. A to rozwinę się na temat szacunku dla publiczności bez wchodzenia jej w tyłek albo o tym, że sam występ jest w całej zabawie najmniej interesujący, ale za to jakże stresujący. Że najważniejsze odbywa się między ludźmi, z ludźmi, wobec nich i dla nich.
Dla nich zwłaszcza.
Takie tam banały... I zaczynam pytać, co ci moi kandydaci są w stanie poświęcić dla tej obietnicy kariery, dla tego blasku piekielnego, dla tych piętnastu McLuhanowskich minut – będących podobno udziałem każdego z nas, tylko w różnym wymiarze, intensywności i nie zawsze zgodnie z zapotrzebowaniem. Bo jeśli już kariera nie za wszelką cenę, to... i tak przyjdzie zapłacić cenę stosownie
wygórowaną. Jakiej próby jest cierpliwość w dążeniu do? I jakie wielce ciekawe historie bez egzaltowanej pophisterii można by opowiedzieć innym, by ci inni zechcieli stawiać swoje mózgi na sztorc?
Oddać serce, nastroić dusze, zastrzyc uszami w poszukiwaniu brzmień i znaczeń palących wyobraźnię. Niepozwalających zapomnieć o przeżyciu nieuchwytnym, choć niekiedy intensywnie bolesnym. Pytam ich, ale właściwie to siebie pytam. Czy ja to kiedykolwiek potrafiłem, potrafię, czy będę potrafił? A jeśli to umiem, czy zdołam/zdołałem uniknąć pokusy manipulacji dla doraźnego zysku, dla chęci władzy nad wrażliwością i wyobraźnią słuchacza? Czy będę szczęśliwy z powodu odkrytych, czy nabytych umiejętności?
Czy to jest właśnie ten właściwy powód, dla którego chcielibyśmy pławić się w blasku sławy?
Być nieustająco na celownikach menedżerów, dziennikarzy, fanów. Bez prywatności, z nazwiskiem wypisanym drukowaną, oczojebną kursywą na gębie. Czy jesteśmy pewni, że zdobywając taką popularność, nie będziemy jej przeklinać? Czy nie uczynią z nas zwierzyny, łudząc pozostawieniem na miejscu myśliwego? Kto, kto, kto tak chce? Ręka w górę. Pracowitość, pokora, ambicja (talent niech czeka) pozwalają odkrywać nieznane dotąd możliwości. Niekiedy czyniąc z nas takich, jakimi chcemy siebie widzieć.
Ale czy to rzeczywiście wyczerpuje zakres możliwości rozeznania? Czy samorealizacja stanowi o naszej użyteczności, przydatności, prawdziwości tak zwanego istnienia? Dokonując inwersji, można zaryzykować stwierdzenie, że kto nie realizuje siebie, ten naprawdę nie istnieje.
Ptak fruwa, nie sieje, nie orze,a go podziwiają. Może ma jakiś talent.
Adam Nowak
Przeczytany 3341



