Z niebytu w byt, by hop(!) z bytu w niebyt. W którym momencie tego trwania dotyka nas przemijanie? Bezszelestnie, bezdotykowo, lecz ustawicznie
i nieubłaganie. Starzejemy się, czy tylko przemijamy? Może to jedynie kwestia nazewnictwa. Starość – radykalnie dotkliwa. Przemijanie – łagodniejsza forma powolnego rozpadu, w czym? W czasie... Żeby nie było wystarczająco przykro. Relatywizm pojęcia czasu dotyka bezpośrednio umiejętności rozeznania się w nim samym. Ratunkiem wydaje się intuicja, która posiadającym czujność i refleks nakazuje zrobienie czegoś, czego nie da się zrobić później. Co w ogóle znaczy „później”? Później, czyli kiedy? Za chwilę? Za chwilę.
Zaraz... „Zaraz” to ulubiona odpowiedź mających czas. A kto ma wystarczającą ilość czasu? Młodzi. Im szybciej żyją, dynamiczniej, swawolniej, tym czasu więcej mają. Zupełnie jakby nie wiedzieli, że czasu wcale nie ma tak dużo i dla wszystkich nie starczy... I że delektowanie się widokiem przeskakującego sekundnika jest niczym innym, jak niezdawaniem sobie sprawy z nieodwołalności utraty tych drobnych kawałków tortu czasoprzestrzeni. Może taki sposób myślenia sprawi, że człowiek poczuje się odrobinę...młodszy.
Słucham starych piosenek.
Od zarejestrowania niektórych minęło kilkadziesiąt lat. Delektuję się (tak jak upływającymi chwilami) ich niedoskonałością brzmienia. I zastanawiam się, czy to właśnie te piosenki dotknięte zostały czasem, czy tylko trwają niezmiennie, zapisywane na kolejnych, doskonalszych nośnikach.
Jeśli tylko nie zaingerował w ich brzmienie inżynier dźwięku, chcący dostosować niegdysiejszość do teraźniejszości. Gra niby toczy się o coraz lepszą jakość dźwięku,
a w rezultacie dotyczy nieustannego poprawiania tego, co wydaje się gorsze, bo stare. Nie wolno poprawiać brzmienia starych piosenek. Można i trzeba je archiwizować dostępnymi dzisiaj środkami, ale nie wolno w nie ingerować. Chciałoby się powiedzieć: nie wolno zmieniać starych ludzi. Trzeba ich archiwizować. Tylko że archiwizowanie starości kojarzy się najczęściej
z umieszczaniem jej na marginesie istnienia. W konsekwencji – na cmentarzu. Posiadamy niezwykły dar archiwizowania.
I narzędzie do tegoż. To nasza pamięć. Przenosząca przez setki, tysiące lat ważne dla tożsamości zdarzenia, zjawiska, czynności, czy... piosenki. Rzecz w tym, by starość miała głos. Wszak, jak każda część życia, jest tylko etapem. Równoprawnym
i nieuniknionym. Jak dzieciństwo, młodość i tak zwana dojrzałość. Głos niedigitalizowany. Głos słaby, drżący, nieraz niezrozumiały, ale akceptowany.
I archiwizowany. Nawet jeśli tylko w ludzkiej pamięci.
To zawodne, ale jakże adekwatne miejsce dla czyjegoś trwania, istnienia poza czasem.
Nie każdy starzec jest mędrcem. Ale z powodu zachowania w sobie czasu mógłby być. Każdy, kto zachowuje w sobie te osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt, sto lat życia
– nieuchronnie murszeje. Na podobieństwo przedmiotów. Przedmiotom wybaczamy. Popadamy nawet w egzaltowane wzruszenie, zazdrość o czas będący udziałem przedmiotu. Kolekcjonujemy. Im starszy, tym lepszy. Kolekcjonowanie ludzi słusznie jest zabronione. Jednak można o nich dbać. Tak jak zwykliśmy dbać o miejsca pochówku. Osoby były i są świadkami czasu. Tak jak znakiem czasu są niedoskonałe brzmieniowo nagrania sprzed dziesiątków lat.
Ludzkie szczątki pozbawione ducha i duszy są tylko przedmiotem, należącym do ziemi. Bywa, że do wody, ognia, wiecznej zmarzliny, powietrza. Nieraz relikwią godną szacunku, jako wcześniejsze opakowanie dla ww. ducha i duszy. Katalogujmy życiorysy bliższych i dalszych. Ważniejszych i mniej ważnych. Niech z lekkością fiszek zapadają w archiwum pamięci. Dla naszego własnego dobra.
I dobra innych.
Adam Nowak




