Rzuciła się w te pędy i była przy mnie w ułamku sekundy, nawrzeszczała mi do ucha, że co to jest, że jakieś babsko nie wedle zasady pakuje ciabatki i grahamki do jednej torebki. Nigdy nie byłam specjalnie kłótliwa, więc rozejrzawszy się, czy nikt nie widzi mojego poniżenia, odłożyłam grahamkę na swoje miejsce.
– Dotknięte łapaaami! – krzyknęła na cały sklep, jakby przemawiała na wiecu. – Ludzie, dotknęła łapą i odłożyła!
Bolały mnie plecy od ciężaru spojrzeń klientów, gromadziły się mniej więcej na wysokości mojego karku, tam, gdzie na sukience zbiegały się kwiatek czerwony z żółtym. W sposób wyjątkowy poczułam się bardzo opalona na twarzy. Uciekając z miejsca wypadku (spokojnie, zapłaciłam), zobaczyłam jeszcze, jak rosłe żuchwy sprzedawczyni leniwie mielą moją grahamkę. Patrzyła na mnie i miałam wrażenie, że na jej mięsistych, karminowych ustach widzę coś na kształt mokrego uśmiechu. Stało się dla mnie jasne, że łagodności w tym dniu nie spotkam. Za to dzicz i spustoszenie.
Po powrocie do domu zarejestrowałam panujący tam jakiś nieludzki bałagan, zrobiony przez Hanię, a przydeptany małymi nóżkami szczurzycy Romy i żółwia Juke. Deptali widać od samego rana, bo zniszczenia – w odróżnieniu
od ich małych łapek – były duże. Już miałam zacząć sprzątać, gdy przypadkiem nieodpowiedzialnie spojrzałam w lustro, a tam… monstrum. Jakieś monstrum łaziło po mojej chałupie, dzikie spojrzenie i kudły w nieładzie, w łapskach siaty z ciabatkami. Spokojnie, to tylko ja – matka na dorobku. Rzuciłam bułki na stół i poleciałam do łazienki, by zrobić z siebie człowieka.
Czesanie, malowanie, jakaś nadzieja zaczęła pojawiać się w lustrze, jeszcze tylko róż na policzki i pociągnięcie rzęs. Już. Monstrum zniknęło, a zamiast niego pojawiła się kobieta w wieku określonym, ale robiąca wrażenie młodszej, poczułam się lepiej i nawet się sobie podobałam.
Za drzwiami łazienki czekała mnie niespodzianka. Hania, moja duma i nadzieja, nie dała mi wiele czasu: – Mamo, wyglądasz jak zombie.
Czy wspominałam, że człowiek wypruwa się dla takiego malca i nic wdzięczności?
– Jak to jak zombie? Gdzie? – zapytałam, mając nadzieję na jakieś milsze rozwinięcie, że może to żart.
– No, taka biała twarz i te oczy... okropne.
Mogłam nie pytać! Mam za swoje. Jako zombie ruszyłam ku sprawom. Ogarnianie bałaganu zajęło mi sporo czasu, chociaż marzyłam o tym, żeby właśnie teraz, gdy większość obywateli zajęta była tropieniem przyczyn katastrofy, usiąść z herbatą w ręce i polampić się w telewizor – wyłączony. Zwykle gapię się w wyłączony telewizor, żeby nabrać dystansu do tego, co pokazuje, gdy jest włączony. Roma w tym czasie wesoło harcowała na ramieniu Hani, Juke odwrócony plecami cicho pożerał suszone liście jabłoni – sielanka.
Z nastroju wyrwał nas dzwonek do drzwi. Hania łypnęła okiem, Roma schowała się do jej rękawa, a Juke przestał przeżuwać. W drzwiach pojawił się facet – poznałam po tym, że nie zamknął drzwi i nie powiedział „dzień dobry”. Spojrzałam na niego wymalowanymi na niebiesko oczami i zapytałam, z czym do mnie przybiegł. A przybiegł z całą pewnością, dyszał ciężko i wpatrywał się we mnie uparcie, nic nie mówiąc. Widać zabrakło mu słów, bo wskazał tylko ręką w nieokreślonym kierunku.
Mój wzrok powędrował w nieznane i wtedy zobaczyłam dwie kobiety (nawet ładnie ubrane) uciekające z moją magnolią. Wsiadły do auta i znikły. Jak zaczarowana patrzyłam, wydawało mi się, że śnię. Moja magnolia... Dopiero co ją posadziłam.
Lodówka, zwykle wesoło brzęcząca, umilkła, pralka przestała pracować, żółw zaniechał przeżuwania... wszystko się przejęło.
Człowiek wyciągnął rękę z kopertą, nie udało nam się zgrać gestu brania z dawaniem i koperta upadła na podłogę.
– Pani przeczyta i zadzwoni jakby co.
Odwrócił się i wyszedł, zdążywszy jeszcze wytrzeć buty w wycieraczkę. W kopercie był krótki list: „Droga pani, jeśliby ukradziono pani magnolię, informuję, że mam sklep ogrodniczy przy ul. Darniowej i proponuję piękne magnolie za połowę ceny, z poważaniem Juliusz Pytlik (magister)”.
Poczułam się osamotniona. Gdy po wieczornym czytaniu książki w ramach „Cała Polska czyta dzieciom” przytuliłam się do Hani, oddając jej całe moje ciepło i miłość, i gdy leżałyśmy przytulone, usłyszałam jej cichy szept:
– Mamo, jak dobrze, że sapiesz, przynajmniej wiadomo, że żyjesz.
Nic wdzięczności, nic. I zaraz po tym fundamentalne: – Mamo, a co to jest eskapizm?
Ucieszyłam się, że w końcu moje dziecko zainteresowało się mną.
Joanna Kołaczkowska
Autorka jest aktorką kabaretu „Hrabi”. Autorka tekstów kabaretowych, współrealizatorka niezależnej wytwórni filmowej A´YoY. Mieszka w Warszawie z córką Hanną.




