wtorek, 20 grudzień 2011 08:34

Medytacja - dla kogo? po co? jak?

Dodane przez

Kilka lat temu trafiłem z przyjacielem do prostej świątyni buddyjskiej w Kioto. Gospodarz, niemłody mnich, kazał zwracać się do siebie per Oshio-san (czyli po prostu panie Mnichu). Gdy czasami mówiłem do niego „sansei” - nauczycielu - uśmiechał się łagodnie.

 

Oshio-san zezwolił nam zamieszkać ze sobą przez kilka dni, dokładnie sześć nocy. Podał kilka prostych zasad obowiązujących w jego schronieniu (np. nieużywanie jakichkolwiek kosmetyków o wyczuwalnym zapachu), nakazał rezygnację z osobistego ubrania i używanie skromnych, ale wygodnych szat mnisich oraz porzucenie skarpet. Ten ostatni nakaz był dość dokuczliwy, bo bywało zimno, zimniej i jeszcze zimniej, szczególnie o świcie.

 

Gdy spytałem, dlaczego moje stopy mają marznąć, czy marznięcie ma jakieś znaczenie, mnich długo patrzył na mnie, na koniec powiedział, że nie ma chyba żadnego znaczenia, ale należy chodzić boso, bez skarpet, bo się chodzi boso, bez skarpet. I dodał, że nic mi się nie stanie. Rzeczywiście, nic mi się nie stało. Tylko stopy marzły mi sakramencko.

Sansei na wstępie udzielił nam jednej jedynej nauki: zen jest prosty, trzeba tylko stać się dokładnie tym, co się robi: gdy rąbiesz drzewo, stań się siekierą, gdy myjesz podłogę, bądź szmatą do mycia podłogi. Medytacja jest prosta – usiądź, nie ruszaj się, oddychaj. A innych nauk nie będę wygłaszał – oświadczył. – Nie osiągnąłem takiego rozwoju, by kogokolwiek nauczać. Później wielokrotnie ciągnął mnie za język, wypytując o chrześcijaństwo. I bardzo się zadziwiał (głośno pokrzykiwał: ho, ho, ho!), gdy opowiadałem mu przy herbacie i ciasteczkach o mądrościach Ojców Pustyni, o Mistrzu Eckharcie, o jurodiwych Rosjanach, praktycznych protestantach…

Kilka razy byłem świadkiem, jak ostro beształ rezydentów – Japończyków i przeganiał ich ze swojej świątyni.

Budził nas o świcie, siadaliśmy do medytacji, gdy było jeszcze ciemno. Karmił nas bardzo smacznie, sam przygotowywał wszystkie posiłki. Przed śniadaniem kierował do codziennej pracy. Najpierw zamiataliśmy ulice wokół świątyni, potem pomagaliśmy w przydomowych zajęciach, np. rąbaniu drzewa. Każdego dnia wzrastało we mnie poczucie, że jestem u siebie. Opuszczały mnie obawy, oczekiwania, wyobrażenia, coraz bardziej byłem tutaj.

Pamiętam niemal w każdym szczególe ostatnią pracę ostatniego dnia – w ogrodzie. Mnich zlecił mi formowanie grządek, a potem sadzenie warzyw, które miały wzrosnąć wiosną. Sam w tym czasie z moim przyjacielem naprawiał dach kurnika. Byłem spokojem. Nie było żadnego przedtem, żadnego potem. Na koniec Oshio-san powiedział do nas: – To jest wasza świątynia.
Gdy przed pożegnaniem złożyłem na ołtarzu świątyni skromną ofiarę za pobyt, Oshio-san obdarował nas hojnie książkami i innymi rzeczami. I chociaż zasadą w jego świątyni było, że zatrzymać się można tylko na sześć nocy, powiedział:

– Moglibyście zatrzymać się tutaj dłużej. Mnie powiedział:
– Wiele z siebie dałeś.
Ruszyliśmy dalej.

Często przed codzienną medytacją lub po niej wspominam Oshio-sana z wielką wdzięcznością i wzruszeniem. Spotkałem w swoim życiu wielu nauczycieli, duchowych przewodników. Niektórzy byli bardzo sławni, czczeni przez rzesze wiernych uczniów, mądrzy, wnikliwi, głębocy. Dla mnie Oshio-san jest spośród nich największy. Niczego mnie nie uczył. Niczego mi nie przekazał. Pozwolił mi uczyć się samemu. I samemu odnajdywać w sobie to, co jest mi najpotrzebniejsze. Bo jak powiada jeden z bohaterów Akiry Kurosawy: żadni bogowie nie ocalą nas od nas samych.

Świątynia nazywa się „Fumonken”, co się przekłada na „Świątynia Prostej Bramy” albo „Świątynia Zwykłych Drzwi”.

Bogdan Białek
redaktor naczelny
magazynu psychologicznego „Charaktery”


 
wtorek, 20 grudzień 2011 08:42

Spis treści

Dodane przez

Otwarcie

Rozmowa z Laurence’em Freemanem OSB Na właściwej Drodze

Co to jest
Rozmowa z Reiko Marią Monetą-Malewską Lekarz ciała i duszy
Jan M. Bereza OSB Maranatha, przyjdź Panie
Stanisław Krajewski Żydowska medytacja
Rozmowa z Sachą Pecaricem Droga ku Bogu
Kim Nataraja Medytować, czyli modlić się sercem
Henryk Paprocki Modlitwa milczenia
Andrzej Ahmed Saramowicz Murakaba, czyli oczyszczanie serca
Jak to działa
Szczepan Grzybowski Mózg zen
Tomasz Jankowski Uwaga na życie
Dla kogo? Dla każdego
Magdalena Wronecka Doceń swoje życie
Urszula Wojciechowska-Budzikur „Siedzieć” w ciszy
Rozmowa z Fleetem Maullem Świat w naszych rękach
Paweł Holas Uważne terapie
Ruth Fowler Stworzone do medytacji
Renata Mizerska, Filip Kołodziejczyk Gdziekolwiek jesteś, bądź
Wojciech Czwichocki OP Moja medytacja
I jeszcze coś…
Willigis Jäger OSB Ostatnia nadzieja na przyszłość
Robert Kennedy SJ Jezuita i zen
                           
          

     
piątek, 24 sierpień 2012 11:19

Szkoła medytacji

Dodane przez

medytacja_„Charaktery” oraz Światowa Wspólnota Medytacji Chrześcijańskiej (WCCM) w Polsce zapraszają do Szkoły Medytacji. Spotkanie odbędzie się w Kielcach, w klasztorze pallotynów między 23 a 25 listopada.

 

W Szkole Medytacji mogą wziąć udział wszyscy zainteresowani, szczególnie jednak zachęcamy do tego psychologów, psychiatrów, terapeutów, osoby opiekujące się chorymi w hospicjach, a także tych, którzy chcą tworzyć i rozwijać grupy medytacyjne. Zajęcia poprowadzą oblaci benedyktyńscy WCCM – Jim Green oraz Stefan Reynolds. Światowa Wspólnota Medytacji Chrześcijańskiej powstała w 1991 roku, kieruje nią ojciec Laurence Freeman OSB; siedziba znajduje się w Londynie.

czwartek, 16 luty 2012 09:20

Zdrowie duszy: widzenie światła

Dodane przez

zdrowie_duzy_maleTym, co liczy się najbardziej w ludzkiej podróży i naszym dążeniu do uleczenia, zdrowia i pełni na wszystkich poziomach człowieczeństwa, jest miłość.

 

Czternastowieczne dzieło mistyczne Chmura niewiedzy podkreśla korzyści, jakie człowiek czerpie z praktykowania medytacji. Nieznany autor wyjaśnia, że ma ona korzystny wpływ na każdy aspekt życia medytującego, na jego temperament, relacje, a nawet wygląd. Osobom, które dopiero rozpoczynają medytację, anonimowy pisarz radzi, aby pozostawały w dobrym zdrowiu, ponieważ dzięki temu będą mogły medytować łatwiej i skuteczniej.


Te dwie uwagi interesująco współbrzmią z wynikami współczesnych badań naukowych, które solidnie dokumentują zarówno fizyczne, jak i psychiczne korzyści płynące z medytacji. W tym świetle uwagi zawarte w Chmurze... mogą brzmieć naiwnie. Neurologia medytacji wydaje się znacznie bardziej od niej złożona i zaawansowana. Natomiast zalecenie pozostawania w dobrym zdrowiu po to, aby móc medytować, ujawnia istotne różnice w priorytetach. Większość lekarzy i psychologów zaleca medytację z uwagi na zdrowotne korzyści, jakie ze sobą niesie. Chmura... mówi natomiast: „Bądź zdrowy, byś mógł medytować”.

wtorek, 07 luty 2012 10:15

Do czego chrześcijaninowi medytacja

Dodane przez

prusak_medytacjajpgMedytacja stała się płaszczyzną szukania nowego rozwoju duchowego i więzi z Bogiem.

z ks. Jackiem Prusakiem SJ rozmawia Magda Brzezińska. Ks. Prusak jest teologiem, psychoterapeutą, publicystą i redaktorem „Tygodnika Powszechnego”. Finalizuje doktorat z psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ostatnio wydał książkę Poznaj siebie. Spotkasz Boga.

- W latach 70. ubiegłego wieku medytację chrześcijańską zaczął propagować benedyktyn ojciec John Main, który sięgnął do tradycji sprzed piętnastu stuleci. Dlaczego na tak długo zniknęła ona ze świadomości chrześcijan?

John Main nawiązywał głównie do pism Jana Kasjana i Ojców Pustyni, którzy pisali o medytacji chrześcijańskiej jako praktyce modlitwy monologicznej, czyli składającej się z jednej tylko formuły lub słowa, i praktykowanej jako akt strzelisty przez mnichów bądź pustelników. Na bazie tej modlitwy zaczęła się rozwijać tzw. modlitwa Jezusowa poprzez synchronizację słowa/wezwania z oddechem. Wdrażana była poprzez bezpośredni kontakt uczeń – nauczyciel. Szczególnie żywa była w IV–VI wieku, kiedy rozkwit przeżywał eremityzm chrześcijański, pojawiały się eremy i pierwsze reguły życia monastycznego.

 

środa, 01 luty 2012 08:35

Na właściwej drodze

Dodane przez

FreemanMedytacja ma wielką moc, może zmienić nasze życie. Jest też niezwykle prosta. Dzięki medytacji mogę pić z czystego źródła życia we mnie samym. To mnie wzbogaca, daje radość.

 

o. Laurence Freeman, OSB – jest katolickim kapłanem, benedyktynem z klasztoru Chrystusa Króla w Cockfosters w Londynie. Nowicjat odbył pod kierunkiem o. Johna Maina OSB) i wraz z nim w 1977 roku założył w Montrealu klasztor, który zainspirował jeden z nurtów odnowy kontemplacyjnej Kościoła. Po śmierci o. Johna objął opieką Światową Wspólnotę Medytacji Chrześcijańskiej.


Agnieszka Chrzanowska: Z wykształcenia jest Ojciec magistrem literatury, w przeszłości pracował dla ONZ, ale w którymś momencie całkowicie zmienił swoje życie. Skąd taki zwrot?
Laurence Freeman: To nie była decyzja jednej chwili. Z medytacją zetknąłem się na drugim roku studiów, za sprawą Johna Maina. Wcześniej poszukiwałem swojej drogi, czytałem literaturę mistyczną. Szukałem Boga, ale były to poszukiwania intelektualne. Gdy John Main zapoznał mnie z medytacją, zrozumiałem, że otworzyła się przede mną prawdziwa droga, ale nie potrafiłem ogarnąć jej umysłem. Byłem zagubiony. Po raz pierwszy dostrzegłem dystans dzielący umysł i serce. Zacząłem medytować, ale nieregularnie, bez żadnego wsparcia. Znajdowałem się na życiowym zakręcie, nie byłem pewny, co chcę robić. Przez jakieś dwa lata pracowałem w banku – nie dlatego, że się do tego nadawałem, po prostu chciałem zobaczyć, jak wygląda takie życie. Potem zająłem się dziennikarstwem. W tym okresie dowiedziałem się, że John Main wrócił do Anglii i szuka młodych mężczyzn, którzy chcieliby przez pół roku żyć w odosobnieniu. Pomyślałem, że to dla mnie dobra okazja, żeby nauczyć się medytować. Było to ważne doświadczenie. Dużo się o sobie dowiedziałem, nauczyłem się pokory, za sprawą Johna Maina poznałem prawdziwą medytację. Mimo to z ulgą wróciłem po sześciu miesiącach do prawdziwego świata. I ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu odkryłem, że nie znajduję w sobie żadnego entuzjazmu do pracy w banku czy w dziennikarstwie.

środa, 11 styczeń 2012 09:02

Moja karma

Dodane przez

Dzięki zazen zmniejsza się prawdopodobieństwo, że będziemy czynić tak straszne rzeczy jak Holocaust. Odkrywamy, że cały wszechświat jest intymną częścią nas samych - wtedy pojawia się miłość i współczucie opowiada roshi Jakusho Kwong.

Roshi Jakusho Kwong jest mistrzem zen w tradycji japońskiego zen soto. Jest założycielem i opatem Sonoma Mountain Zen Center w Kalifornii oraz nauczycielem Buddyjskiej Wspólnoty Zen Kannon w Polsce i Natthagi Zen Center w Islandii. Prowadzi grupowe odosobnienia, udziela indywidualnych nauk, wygłasza wykłady, uczestniczy w chrześcijańskich medytacjach w klasztorze benedyktynów w Lubiniu.

Należałem do pokolenia bitników. Nosiliśmy długie włosy i ubieraliśmy się inaczej niż większość ludzi. Czytaliśmy Ginsberga. Szukaliśmy czegoś. W tym okresie zetknąłem się z nauczaniem Ojców Pustyni – pierwszych mnichów chrześcijańskich. Odnalazłem zdanie, które jest ze mną do dziś: „Największy lęk Ojców Pustyni to zobaczyć Boga”. Kiedy przyjechałem do Polski z mistrzem zen Seung Sahnem w 1987 roku, poznałem ojca Jana Berezę, benedyktyna.