piątek, 19 marzec 2010 09:07

Coraz lepiej jest - Grzegorz Miecugow

Grzegorz Miecugow – dziennikarz, publicysta, komentator, pisarz, autor i prezenter niezwykle popularnego „Szkła kontaktowego” oraz „Innego punktu widzenia”. Rozmawiamy o roli mediów, o uczciwości i powinnościach dziennikarza. Mówi swobodnie, bardzo wyczerpująco na każde pytanie.

 

Dużo wie, bardzo dużo. Ma swoje zdanie, swoje przemyślenia i ogromne doświadczenie. Pewnie mówił o tym już nieraz, ale nie widać zniecierpliwienia czy chęci zbycia rozmówcy. Pełny profesjonalizm. Jest bezpośredni, chociaż wyczuwa się dystans, z uwagą słucha, robi dygresje, ale zawsze wraca do tematu.

 

W miarę rozmowy rozpogadza się, coraz częściej się uśmiecha. Słucha się go z ciekawością, szkoda przerywać. Ale chciałybyśmy się dowiedzieć czegoś więcej, czegoś o człowieku, nie tylko dziennikarzu.

 

Podpytywały JOLANTA BIAŁEK i AGNIESZKA CHRZANOWSKA

Pierwszy e-mail: czy Pan zgodzi się na rozmowę?, drugi: czy może być w czwartek? Żadnych pytań, tłumaczeń, długiego ustalania, dopasowywania, odwoływania terminów. Szybko i bez problemów. A przecież jest bardzo zajętym człowiekiem. Grzegorz Miecugow, dziennikarz, publicysta, komentator, pisarz, autor i prezenter niezwykle popularnego „Szkła kontaktowego” oraz „Innego punktu widzenia”.

 

Spotkaliśmy się w gmachu TVN. Krótkie powitanie, chłodny, bez uśmiechu, trochę jakby nieobecny. Weszliśmy do gabinetu. Wszędzie książki, sterty teczek, papierów. Na wieszaku koszule, kurtki i brązowa marynarka, w której często prowadzi „Szkło kontaktowe”. Siadamy przy stoliku i już jest gotowy. Zapala papierosa. Rozmawiamy o roli mediów, o uczciwości i powinnościach dziennikarza. Mówi swobodnie, bardzo wyczerpująco na każde pytanie. Dużo wie, bardzo dużo. Ma swoje zdanie, swoje przemyślenia i ogromne doświadczenie. Pewnie mówił o tym już nieraz, ale nie widać zniecierpliwienia czy chęci zbycia rozmówcy.

 

Pełny profesjonalizm. Jest bezpośredni, chociaż wyczuwa się dystans, z uwagą słucha, robi dygresje, ale zawsze wraca do tematu. W miarę rozmowy rozpogadza się, coraz częściej się uśmiecha. Słucha się go z ciekawością, szkoda przerywać. Ale chciałybyśmy się dowiedzieć czegoś więcej, czegoś o człowieku, nie tylko dziennikarzu.


Co jest dla Pana ważne?

 

– Przyzwoitość... Być przyzwoitym, według mnie, to  umieć patrzeć na świat nie tylko własnymi oczami. Gdy się coś robi, coś mówi, to warto się zastanowić, jaki to będzie miało skutek dla innych, jak to zostanie odebrane przez kogoś innego. Niemyślenie o innych jest nieprzyzwoite.


Zachował się Pan kiedyś nieprzyzwoicie?

 

– Niestety, wiele razy. Najczęściej z pośpiechu i z braku uważności.


A następna wartość w hierarchii?

 

– Uczciwość. Taka uczciwość, która powinna być też wobec samego siebie. Umieć nazwać rzeczy po imieniu. Kiedyś byłem hazardzistą, ale jak to nazwałem: „Tak, jesteś hazardzistą”, to sobie z tym poradziłem.


Sam? Bez pomocy psychoterapeuty?

 

– Tak, wyszedłem z tego. Nie było łatwo, było nawet koszmarnie trudno, ale udało się. Parę lat temu byłem w Kijowie i mieszkałem w hotelu naprzeciwko kasyna. Wyszedłem na jakiś spacer i przechodziłem koło tego kasyna, wtedy pomyślałem: ciekawe, jak teraz tam jest, po tych 5 latach. Wszedłem, wymieniłem parę dolarów na żetony, w 15 minut podwoiłem tę sumę. Wymieniłem na dolary i wyszedłem z kasyna. Pomyślałem sobie: nie jest źle.



Lepiej jednak, żeby Pan nie próbował sprawdzać siebie w kasynach…

 

– Wiem. Teraz jestem już mądrzejszy. Nie wrócę do hazardu, za dużo jest do stracenia. I nie chodzi mi tylko o pieniądze, ale właśnie o uczciwość. Wtedy miałem taki czas, że na przykład wracając z Krakowa do Warszawy, prosto z pociągu szedłem do kasyna. Dzwoniłem do żony, że pociąg przejechał człowieka i stoimy w polu, czekamy na prokuratora, a ja już byłem w kasynie. To było najgorsze – pięć lat ciągłego oszukiwania. Nie tylko otoczenia, ale i samego siebie. Udało mi się z tego wyjść, miałem dużo szczęścia…


Chyba więcej samozaparcia albo siły charakteru?

 

– Ale też było w tym i szczęście. Dużo straciłem, jednak mogłem stracić wszystko. Mogłoby mnie tutaj nie być. Coś też zyskałem – wyrozumiałość dla słabości, potknięć. To ważna wartość w tej hierarchii, o której mówimy. Wyrozumiałość i zdolność wybaczania. Ja tego doświadczyłem od innych właśnie w tym najcięższym okresie mojego życia. To było dla mnie bardzo cenne. Poza tym wiem, co to jest słabość, przekonałem się o tym, dlatego staram się również dla innych być wyrozumiały. Nie żywię długo urazy, zawsze na wstępie znajomości daję ludziom duży kredyt zaufania. Nie węszę wszędzie kłamstwa. Jest we mnie dużo ufności. Najwyżej się potem rozczaruję, ale uważam, że ludziom trzeba ufać.


Ale jak się Pan rozczaruje, to co wtedy? Koniec znajomości?

 

– Nie, nie koniec, ale troszkę ubywa z tej ufności, tylko idiota ciągle by ufał i ufał. Na mnie też kilka osób przecież ileś razy się zawiodło. Dlaczego więc ja mam kogoś przekreślać? To jest właśnie wyrozumiałość. Nie umiem długo trzymać urazy. Bo ja lubię ludzi.


A czego Pan w ludziach nie lubi?

 

– Nie lubię bezczelności, hucpiarstwa, to mnie wkurza. Nie lubię w ludziach chamstwa. Cieszy mnie bardzo, że jest tego coraz mniej. Spotykam bardzo wielu ludzi, jeżdżę po całej Polsce, uczestniczę w wielu spotkaniach. Naprawdę, jest coraz lepiej. Ale ważne jest też nastawienie. Gdy człowiek chce dostrzegać pewne rzeczy, to je dostrzeże. Ja podchodzę do ludzi bez złego nastawienia, nie myślę, co złego mogą mi zrobić.


Czyli taka ufność i otwartość na nowe, na innych?

 

– Tak. Bardzo często na ulicy ktoś z uśmiechem mówi mi „dzień dobry”, często nie wiedząc, komu mówi, bo to są takie momenty, kiedy mija się kogoś i myśli: znam faceta, i wtedy odruchowo mówi się „dzień dobry”. A ja zawsze odpowiadam „dzień dobry” i jest mi miło, że ktoś się ukłonił. Albo gdy ktoś podchodzi do mnie i mówi: „przepraszam, czy mogę panu coś powiedzieć”, to nigdy nie uciekam, słucham, rozmawiam. Lubię się spotykać z ludźmi, rozmawiać, odpowiadać na pytania, przekonywać ich do czegoś, do mojej wizji świata.


 

Nie wszyscy pewnie dają się przekonać?

 

– Nie chodzi o przekonywanie, kto ma rację, czyja wizja jest lepsza, czyja prawda prawdziwsza. Z każdego spotkania wychodzę mądrzejszy, czegoś nowego dowiaduję się o ludziach, o miejscach, w których żyją, o Polsce. Przecież tego nigdzie nie wyczytam, tego można doświadczyć tylko w bezpośrednich spotkaniach. Oczywiście, że czasami spotykają mnie niezbyt przyjemne przygody, ale ich nie żałuję, bo bilans zawsze wychodzi na plus.



A czego Pan żałuje? Czy jest coś, czego Pan by nie zrobił, gdyby można było cofnąć czas?

 

– Ciągnie się za mną Big Brother, zupełnie bez sensu. Podobnie jak w wersji holenderskiej, miałem prowadzić dwie rozmowy podsumowujące tydzień – jedną z psychologiem, drugą z socjologiem.

Zgodziłem się. Program poszedł, zrobiło się wielkie halo w prasie i telewizji. A potem zmieniono formułę programu. Nie mogłem się już wycofać bez konsekwencji dla stacji. Byłeś kiedyś stolarzem – mówiłem sobie – to i tego spróbuj, nowe doświadczenie. Gdybym wiedział, że tak się to potoczy, nie podjąłbym się tego. Jednak nie mogłem tego wiedzieć. Trudno. To się ciągnie za mną. Ludzie mnie o to pytają, czyli dla nich jest to jakiś dyskomfort, jakaś taka niespójność.


A dla Pana?

 

– Dla mnie nie bardzo, ja w życiu robiłem różne rzeczy. Takie doświadczenie jak Big Brother też się przydaje do zobaczenia świata. Innego świata, którego się nigdy nie widzi. Świata ludzi, którzy chcą to oglądać. Trzeba sobie czasami zdać sprawę z tego, że świat jest zupełnie inny niż to, w czym ja się obracam na co dzień.


Był Pan zaskoczony, że program miał tylu widzów?

 

– Bardzo, ale ja naprawdę nie znam się na komercji. Podam taki przykład. Kiedyś Edek Miszczak poprosił mnie, abym przeczytał projekt nowego programu. Dał mi kilka kartek, przeczytałem je. Edward chciał, aby ten program prowadził Mariusz Kolonko. Wiedział, że go dobrze znam i liczył, że go namówię. Powiedziałem: oczywiście, mogę się z Maxem skontaktować, ale powiedzmy sobie szczerze, to jest kompletnie idiotyczny scenariusz, nie ma najmniejszego sensu. Po pierwsze, tego nikt nie będzie chciał oglądać, po drugie, nie znajdziesz ludzi, którzy będą chcieli wziąć w tym udział. Edward odpowiedział: „Spokojnie, skontaktuj mnie tylko z Kolonko”. Ten program to „Taniec z gwiazdami”. Się znam...


Na czym jeszcze Pan się nie zna?

 

– Na wielu rzeczach. Ale chętnie się uczę. Nie wszystkiego, bo nie wszystko chciałbym robić. Na przykład nie chciałbym być przedsiębiorcą, bo nie umiem pracować w zespole. Chociaż gdy byłem szefem w Trójce, to dawałem radę. No ale żeby być przedsiębiorcą, to trzeba chyba mieć jakąś miłość do pieniędzy. Ja nie mam, jestem utracjuszem. Wydaję pieniądze z wielką przyjemnością, po prostu. Nie ma we mnie nic z krakusa.


 

No właśnie – krakus, wróćmy do korzeni. Urodził się Pan w Krakowie, tam spędził dzieciństwo, wczesną młodość. Rozpoczął studia na UJ. I nagle Warszawa. Czy to była jakaś ucieczka, bunt?

 

– Nie, zupełnie nie. To proza życia. Rzeczywiście, zdałem na filozofię na UJ. Moi rodzice byli już po rozwodzie. Mama ponownie wyszła za mąż i przeniosła się do Warszawy. Mieszkałem wtedy u siostry, ale ona też wyszła za mąż. No i nie chciałem im siedzieć na głowie. Przeniosłem się do Warszawy... nie ma jednak jak u mamy. Było wygodniej, ale strasznie trudno. Byłem bardzo samotny, wszystko i wszystkich zostawiłem w Krakowie.


Warto było?

 

– Zrobiłem najlepszą rzecz z możliwych. Oprócz powodów materialnych były jeszcze inne. W Krakowie byłem obciążony nazwiskiem ojca. I nawet jak zdawałem egzamin do liceum, to nie do końca wiedziałem, czy dostałem się dlatego, że umiałem, czy dlatego, że się nazywam Miecugow.

 

Tak samo podczas egzaminu na studia, to znaczy tam przyjęli 16 osób, a ja byłem dziesiąty na liście. Ale nie miałem pewności. Chciałem się sprawdzić tam, gdzie mój ojciec był mniej znany. W Krakowie wszyscy wiedzieli, że jestem synem Brunona i to było jednak obciążenie. Wiem, że podobne obciążenie ma teraz mój syn. On ma zresztą gorzej, bo gdzie ucieknie? Do Ameryki?


Kiedy Pan stwierdził, że to co osiągnął, na pewno sobie zawdzięcza?

 

– To takie mieszane, ambiwalentne uczucia były, bo z jednej strony byłem dumny z taty, a z drugiej strony – no właśnie – nie bardzo wiedziałem, czy ja coś potrafię. Potem w Warszawie już usamodzielniłem się, pracowałem w teatrze i zacząłem też jakieś rzeczy pisać.


Chciał Pan udowodnić, że jest lepszy od ojca?

 

– Nie, lepszy nie. Chciałem przekonać się, czy w ogóle coś potrafię.


Teraz już Pan chyba nie ma wątpliwości... Jest Pan cenionym dziennikarzem, ma Pan swoje programy, pisze Pan książki, jest Pan wykładowcą. Czuje się Pan mistrzem?

 

– Nie. Wielu rzeczy nie potrafię, a i te, które potrafię, pewnie mógłbym robić lepiej. Myślę, że słowo mistrz jest zarezerwowane dla człowieka, który nic przed sobą nie ma. A ja ciągle mam nadzieję, że będę lepiej pisał, że będę więcej wiedział i łatwiej będzie mi przychodziło komentowanie rzeczywistości. Że będę miał lepiej wszystko przemyślane, że będę lepszym wykładowcą niż jestem. Że będę lepszym człowiekiem.


Dla swoich studentów jest Pan mistrzem, otrzymał Pan przecież tytuł najlepszego wykładowcy dziesięciolecia Collegium Civitas. A kto był mistrzem dla Pana?

 

– Nigdy nie miałem mistrza, uczyłem się od wielu ludzi, najpierw w radiu, potem w telewizji, podpatrywałem kolegów, nieco starszych dziennikarzy. Wiele uczyłem się też na własnych błędach.


Mistrzów Pan nie ma. A autorytety?

 

– Władysław Bartoszewski, Jan Nowak-Jeziorański. Podziwiam ich za wiedzę i mądrość. Za umiejętność stawiania sobie trudnych pytań i umiejętność odpowiadania na te pytania. No i przeszłość. Oni przeżyli straszne rzeczy. I w tych niewyobrażalnie dla nas trudnych chwilach potrafili się zachowywać godnie i wspaniale. To są ludzie po próbie, sprawdzili się. Ja nie wiem, czy bym taką próbę przeszedł.

 

Moje pokolenie nie miało większych sprawdzianów. Stan wojenny w porównaniu z wojną to był pikuś. Oczywiście, były ofiary, ginęli ludzie, ale nie można tego porównywać z traumą, jaką przeżyli oni. Bardzo szanuję Jacka Kuronia, nie tylko za to, co robił, ale także za to, że miał takiego syna jak Maciek. Bo Maciek był niezwykle dobrym człowiekiem, ciepłym, pogodnym.

 

I według mnie Maciek jest dowodem na to, że jego ojciec był wspaniały. Jacek Kuroń był człowiekiem, który miał wizję i wiedział, co jest dla niego priorytetem. A zawsze był nim drugi człowiek. I potrafił zarażać innych. Kuroń był wielki.


Powiedział Pan kiedyś: „Moją obsesją jest potrzeba dystansu do wszystkiego”. Nie jest Pan człowiekiem emocjonalnym?

 

– Nie jestem. Chociaż nie do końca, bo jestem awanturny. Nie znoszę, gdy ktoś mnie traktuje bezosobowo, gdy patrzy przeze mnie i nie dostrzega mnie jako osoby. Teraz, gdy jestem rozpoznawalny, to się już rzadko zdarza. Nie chodzi o to, że ja żądam, bo ja jestem nie wiadomo kto, nie.

 

Ale jestem człowiekiem, ja jestem – kurczę – ja i chcę, żeby to zauważyć. Ten mój dystans przejawia się również w tym, że od kiedy przestałem być harcerzem, nie byłem nigdy członkiem żadnej organizacji. Nie zapisałem się do „Solidarności”, chociaż byłem całym sercem po jej stronie. Przez krótki moment należałem do SDP i nawet byłem we władzach, około 90 roku, ale mi szybko przeszło. Nie lubię owczego pędu, nie potrzebuję być w większości.


A więc dystans i potrzeba indywidualizmu?

 

– Tak. Nie lubię jeździć w miejsca, gdzie wszyscy jeżdżą. Nie lubię ubierać się tak jak wszyscy. Lubię chodzić w rzeczach rzadkich, wbrew modzie. Zawsze tak było. To znaczy gdy byłem w harcerstwie, wszyscy chodziliśmy w mundurkach. Wtedy było ważne, żeby wyglądać tak samo jak koledzy.

 

Ale już w liceum to mi całkowicie przeszło, miałem swój styl. Nie stać mnie było na dżinsy za dolary, więc kupowałem spodnie na ciuchach. Dopiero gdzieś w trzeciej klasie kupiłem sobie wranglery, ale nie takie dżinsy dżinsy, tylko dżinsy sztruksy, brązowe.

 

Do tego białe trampki, chińskie, za 86 złotych. Lubiłem mieć rzeczy, które były albo de mode, albo takie indywidualizujące trochę. To mi zostało. Bardzo byłem zadowolony, gdy kupiłem sobie moje pierwsze subaru, bo wtedy jeszcze tej marki nie było w Polsce – miałem auto, którego nikt inny nie miał. Lubię się tak jakoś indywidualizować.



Tę potrzebę indywidualizmu wyniósł Pan z domu? Wczesne dzieciństwo ma największy wpływ na człowieka.

 

– Ja na pewno nie byłem w stanie docenić i zrozumieć otoczenia, w jakim dorastałem. Tego, że na parterze mieszkał Kisielewski, a piętro wyżej Szymborska, że spotykałem Mrożka, który pracował z tatą w jednej redakcji, czy innych pisarzy, artystów, to było takie normalne.

 

Bez wątpienia miało jakiś wpływ, ale jaki? Nigdy tego nie analizowałem. Na pewno więcej niż przeciętny człowiek czytałem, bo tata miał strasznie dużo książek. Jednak wydaje mi się, że najwięcej zawdzięczam harcerstwu. Tam nauczyłem się samodzielności. Z takiej małej fujary, co nosi duży plecak i obija piętami o ten plecak, i nosi jakieś lejby, w które nadopiekuńcza mama go ubrała, harcerstwo zrobiło człowieka. To było naprawdę kształtujące, miało duży wpływ na moje życie. Bardzo jestem ciekaw, kim byłbym, gdyby nie harcerstwo.


Mama była nadopiekuńcza, a tata?

 

– Tata bardzo dbał, nawet jak już się rozwiedli, żeby przynajmniej raz w tygodniu spotkać się ze mną i z Dorotą. Brał nas na spacery, długo rozmawialiśmy i ten kontakt zawsze był. To było bardzo ważne, bo w takiej piętnastoletniej głowie różne myśli się pojawiały. Myślę, że przekorę, która siedzi we mnie, złośliwość i poczucie humoru w dużej mierze odziedziczyłem po tacie.


A co Pański syn odziedziczył po Panu?

 

– Czy ja wiem? Łatwiej chyba mówić o różnicach. Krzysiek jest na pewno bardziej wrażliwy. On ciągle znosi do domu jakieś chore koty, znalezione psy. I dzieci do niego lgną. To jest taki dobry człowiek.


A Pan jest dobrym człowiekiem?

 

– Myślę, że też tak można powiedzieć. To znaczy mógłbym być oczywiście lepszy, ale świństw nie robię.


Często Pan podkreśla, w różnych rozmowach, że jest Pan szczęściarzem zadowolonym z życia. Jest Pan człowiekiem spełnionym,robi Pan to, co lubi. Ma Pan jakieś pragnienia, marzenia?

 

– Bardzo bym chciał, aby Krzysiek wyzdrowiał, aby wynaleziono lek na cukrzycę. To jest moje największe marzenie. Chciałbym też, żeby po mnie coś sensownego zostało. Nie chcę przeminąć zupełnie.


Dlatego zabrał się Pan za pisanie?

 

– Może trochę tak. Telewizja jest jednak ulotna, książka trwa. Chciałbym też długo żyć, ale nie przesadnie. Chciałbym śmierci, która nie byłaby ciężarem dla innych i dla mnie samego. Mój tata miał ciężką śmierć. W maju dowiedzieliśmy się, że jest właściwie wyrok – rak płuc. Siostra zadzwoniła i pojechałem z synem do Krakowa.

 

Tata był w dobrej formie, rozmawialiśmy długo, pożegnaliśmy się, lekarze mówili, że to kwestia tygodnia. Żył jeszcze dwa miesiące. Podczas wakacji dostałem telefon od Doroty, że jest już bardzo źle. Gdy dotarłem do niego, nie miałem z nim żadnego kontaktu. Miał straszną śmierć, dusił się, głowa się dusiła. Nigdy się nie dowiem, czy tata wiedział, że przyjechałem. Siostra twierdzi, że wiedział… Nie chciałbym takiej śmierci. Przede wszystkim ze względu na bliskich... Ale zanim to nastąpi, chciałbym pojechać gdzieś daleko, na przykład do Australii,
w taką niespieszną podróż.


Czyli przed Panem życie emeryta podróżującego?

 

– Nie wyobrażam sobie życia emeryta. Mam nadzieję, że będę pracował do samej śmierci. To znaczy chciałbym być w dobrej formie, mieć sto lat i pracować. Lubię pracować. Praca oznacza, że jestem komuś potrzebny. Jeżeli ktoś mi płaci za to, co robię, znaczy, że ma z tego jakiś pożytek. Więc chciałbym być pożyteczny do końca.


Jest Pan na dobrej drodze. Cały czas Pan czegoś szuka, robi coś nowego.

 

– Prawda. Teraz na przykład zaczynam grzebać w przeszłości swojej rodziny. Dotarłem właśnie do praszczura, który urodził się w 1797 roku. Próbuję się dowiedzieć czegoś więcej.


To zainteresowanie przeszłością rodziny jest jakąś próbą oswajania przemijania?

 

– Bardziej chyba ciekawości.To pasjonujące odkrywać życie swoich przodków. Rzadko kto wie coś o swoim pradziadku, a o dalszych krewnych nie mamy zupełnie pojęcia. A oni wszyscy mają wpływ na naszą tożsamość. Dzięki przodkom można sporo zrozumieć. Przyszłość jest tajemnicą, a przeszłość można poznać, więc to robię.


Przeczytano 13656 razy