czwartek, 13 styczeń 2011 09:53

Zagracone dusze

Wysłużona kanapa z niemodną tapicerką, czajnik kupiony jeszcze za Gierka... Dzieci mówią, żeby w końcu wyrzucić te rupiecie. Kupują drogi czajnik, ale my i tak nie potrafimy rozstać się ze starym. Czego się boimy? Co tak naprawdę tracimy, pozbywając się przedmiotów? Co trzeba zostawić za sobą, by pójść naprzód?

Andrzej od kilku lat obiecywał żonie, że jak tylko przejdzie na emeryturę, weźmie się za uporządkowanie zagraconego garażu, jednak teraz okazuje się, że to zadanie ponad jego siły. Nie potrafi zdecydować, co naprawdę można już wyrzucić. Wszystko przypomina mu dzieciństwo. Wychowała go matka i dziadkowie – ojciec zginął
w wypadku, gdy Andrzej miał trzy lata.

W piwnicy i garażu Andrzeja pełno jest „rupieci”, jak mówią jego synowie. Stare żelazka „na duszę”, dzieże do chleba, których używała babcia, zardzewiałe śrubki, palta z lat jego młodości, skórzane teczki z czasów, gdy uczył się w technikum elektrycznym, sterta zeszytów, notatek, podręczników z czasów szkolnych, niemodne ubrania, resztki tapet, zepsute wałki do malowania ścian itp. Żeby wyrzucić chociaż część tych rzeczy, dzieci musiały go wysłać po zakupy do miasta...

Takich problemów nie ma czterdziestoletni Krzysztof. Kolekcjonuje karty telefoniczne i minerały, ma sentyment do niektórych ubrań, ale raz na dwa lata robi przegląd piwnicy, strychu i pawlaczy. To, co nie jest mu już potrzebne, wystawia na aukcjach internetowych. Do tej pory uzbierał w ten sposób kwotę, która wystarczyła na zakup dobrego aparatu fotograficznego. Jego żona, Anna, też regularnie „sprząta” półki z książkami. Zostawia tylko ulubione tytuły, a resztę zanosi do osiedlowej biblioteki. Stare ciuchy wrzuca do specjalnych kontenerów, a przypalone garnki i obtłuczone talerze wyrzuca. Anna nigdy nie miała zbyt wielu rzeczy, bo jako piętnastolatka wyjechała z domu z plecakiem najpotrzebniejszych rzeczy i zamieszkała w internacie. Potem na studiach kilka razy zmieniała stancję, więc też wszystko musiało się zmieścić w plecaku i dwóch torbach. A po studiach przeprowadziła się do innego miasta i tam urządzała od zera.

Dlaczego tak trudno rozstać się z rzeczami, które wydają nam się już niepotrzebne? Odpowiedź nie jest trudna: ponieważ określenie rzeczy jako niepotrzebnej odnosi się zwykle nie do jej wartości emocjonalnej, ale funkcjonalnej, jednak to właśnie ta pierwsza decyduje o tym, czy i jak bardzo dany przedmiot jest dla nas ważny.

Dopełnienie czy wyzwanie?

Rozstanie nawet z niepozorną rzeczą, do której jesteśmy przywiązani, jest aktem emocjonalnie istotnym, nawet jeśli świadomie nie zdajemy sobie sprawy z siły przywiązania. Owa rzecz pełni rolę symbolu, a więc rozstając się z nią, rozstajemy się także z czymś, co odnosi się do naszej tożsamości, obrazu świata i innych ludzi.

Dobrowolne rozstanie z emocjonalnie ważną rzeczą zawsze wiąże się z przeżyciem straty. Czasem jest wynikiem dopełnienia się pewnego procesu – i wówczas przynosi na ogół ulgę, poczucie domknięcia, zakończenia, gdy wreszcie jesteśmy gotowi na to rozstanie.

Kiedy indziej jest wyzwaniem – postanawiamy świadomie podjąć ryzyko i znieść trud konfrontacji z faktem, że doszło do zmiany, której nie chcemy i wobec której jesteśmy bezsilni. Wówczas rozstanie z rzeczą jest raczej aktem, w którym uznajemy naszą bezradność. Jest wyrazem pogodzeniem się z tym, co nieuchronne.

Niezależnie od tego, jak obiektywnie bezwartościowa i niepozorna jest oddawana rzecz, to dla oddającego stanowi ona potwierdzenie pewnego wyobrażenia rzeczywistości, a zatem jej zniknięcie godzi w poczucie bezpieczeństwa, spójności i przewidywalności świata.

Kiedy mówimy o oddawaniu rzeczy, do której jesteśmy przywiązani, możemy rozważać dwie sytuacje – gdy osoba z zewnątrz oczekuje od nas, że tę rzecz oddamy lub po prostu nam ją odbiera, albo też, gdy sami z rozmaitych powodów decydujemy się na pożegnanie z czymś ważnym. Właściwie obie możemy potraktować jako przejaw jednego faktu psychologicznego: pewna siła skłania nas do pozbycia się czegoś, a inna chce to coś zatrzymać. Trudno o dialog między nimi, za to łatwo o napięcie.


Dlatego czasem zaciekle bronimy nieistotnej wydawałoby się rzeczy, a kiedy indziej z rewolucyjną pasją postanawiamy zrobić porządek i pozbyć się wielu dotąd skrzętnie przechowywanych przedmiotów. W obu sytuacjach obecność silnych uczuć świadczy o wewnętrznym konflikcie, napięciu między pragnieniem zatrzymania czegoś, ochronienia, zapanowania a pragnieniem wyzwolenia, odcięcia, zmiany. Taką wewnętrzną walkę można interpretować w kategoriach ścierania się siły zachowawczej i rozwojowej, a więc potrzeby bezpieczeństwa i autonomii. Bezpieczeństwo jest utożsamiane ze znajomą rzeczą, która pozostaje niezmienna, reprezentuje ciągłość i przewidywalność. Autonomia natomiast to gotowość do zmiany, odkrywanie czegoś nowego i rezygnacja ze starego, co zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem.

Pierwsze przywiązanie

Już małe dzieci przywiązują się do konkretnej zabawki, smoczka, kawałka materiału – te rzeczy są dla nich symbolem innych rzeczy i ludzi. Dziecko nie chce bez tego przedmiotu zasypiać, przytula się doń w trudnych chwilach, zabiera go ze sobą na spacer. Czemu? Ponieważ rzecz ta pełni rolę tak zwanego obiektu przejściowego, czyli reprezentuje to, co jest dziecku potrzebne, by czuło się bezpiecznie, ale w danej chwili nie jest bezpośrednio dostępne, np. mama.

Potrzeba posiadania czegoś stałego, znanego, swojego towarzyszy nam przez całe życie, choć przybiera oczywiście dużo bardziej wysublimowane formy niż dziecięca lalka czy miś. Zmienia się nie tylko forma obiektu przejściowego, lecz także nasze wyobrażenie sposobu zaspokajania potrzeb. Nie potrzebujemy już tylko matczynej piersi, miejsca i warunków do spania, troski o najprostsze potrzeby fizjologiczne. Nasze pragnienia i marzenia przybierają znacznie bardziej złożoną, zaawansowaną formę. Jednak nawet jako dorośli potrzebujemy czegoś, co będzie symbolem bezpieczeństwa i pocieszenia. Niekiedy symbol ten przybiera postać mentalną, często jednak potrzebujemy znaku o charakterze fizycznym. Mówiąc krótko: przywiązujemy się do rzeczy, bo mamy do nich sentyment, przypominają nam o ważnych ludziach i wydarzeniach, są namiastką i znakiem istnienia czegoś więcej.
 
Rzecz w walce o władzę

Posiadane rzeczy ugruntowują naszą tożsamość. Ludzie posługują się symbolami, by wyrazić, kim są, używają przedmiotów, by podtrzymać pamięć. Niektóre przedmioty o charakterze symbolicznym mają charakter prywatny – np. pamiątki rodzinne, czyli takie przedmioty, które wzmacniają więzy z przeszłością, rodziną, tradycją lub miejscem. Wyrzucenie rzeczy należącej do tego zbioru jest jak zerwanie, zaprzeczenie bądź wyrzeczenie się korzeni. Ludzie zmuszeni okolicznościami do takiego aktu przeżywają rozpacz lub strach. Rozpacz wynika z wrażenia, że oddając choćby drobną rzecz, oddają istotny fragment historii, do której należą i która ich stworzyła. Strach pojawia się natomiast wtedy, gdy trzeba się pozbyć czegoś po to, by nie zostać rozpoznanym i by zaprzeczyć przynależności do grupy. Przykładów takich sytuacji szukać można w biografiach ludzi, którzy przeżyli wojnę i związany z nią stan zagrożenia życia.


Jednak oczywiście nie tylko w tak ekstremalnych warunkach ludzie tracą rzeczy dla nich cenne. Między najbliższymi sobie osobami – małżonkami, rodzicami i dziećmi czy rodzeństwem – często dochodzi do konfliktów, których jawnym powodem jest właśnie spór o posiadanie albo pozbycie się czegoś. Z jednej strony padają zarzuty o przechowywanie śmieci, zagracanie i brak rozsądku, z drugiej – o nieposzanowanie własności i ograniczanie wolności, jak i naruszanie prawa do samostanowienia. Często w tego typu kłótniach nie chodzi jednak o rzecz samą w sobie, ale o to, kto zdecyduje, co się z nią stanie i czyja racja zwycięży. Innymi słowy, jest to walka o władzę. Wówczas trudno jest coś oddać, bo rezygnacja oznacza kapitulację.

Rupiecie psychiki

Inaczej przebiega proces rozstawania się z czymś, kiedy konflikt ma charakter czysto wewnętrzny. Pojawiają się wtedy głównie takie uczucia jak: nostalgia, smutek, ale i uspokojenie i ulga. Oddając rzecz, do której jesteśmy przywiązani, zawsze ponosimy stratę. Stratą jest nie tylko fakt, że dłużej już nie będziemy tego przedmiotu mieli, ale przede wszystkim uznanie nieuchronności przemijania, zaistnienia zmiany. Mimo że jesteśmy do czegoś przywiązani, odkrywamy i jesteśmy gotowi przyznać przed sobą, że ta kiedyś potrzebna rzecz przestała w naszym życiu pełnić realnie ważną rolę, a stała się wspomnieniem, zaczepieniem w przeszłości. Co więcej, jeśli decydujemy się z tą rzeczą pożegnać, najpewniej stwierdzamy też, że stanowi dla nas balast – rozpamiętywanie sytuacji, miejsc, ludzi, które przywodzi na myśl dany przedmiot, obciąża nas i nie pozwala iść dalej. Dokonujemy więc wyboru, na ogół nieodwołalnego, któremu zawsze towarzyszy odkrycie, że o ile dzięki niemu ruszamy w pewnym kierunku, to jednocześnie zamykamy sobie inną drogę.

Co ciekawe, w procesie psychoterapii pojawia się podobna wątpliwość: czy rozstać się z czymś dobrze znanym, oswojonym, choć sprawiającym wrażenie niepotrzebnego, czy też nie dać sobie tego odebrać, znaleźć bezpieczeństwo w tym, że jest coś tak stałego i przewidywalnego.

Tym czymś jest przywiązanie do pewnego sposobu bycia, myślenia i rozumienia świata. Na ogół nie ma ono postaci materialnej, nie jest też symbolizowane przez konkretną rzecz. Częściej ma formę rytuału, zwyczaju, który pojawia się między pacjentem a terapeutą i którego znaczenie ujawnia się pod wpływem psychoterapii. Funkcją takiego rytuału jest – podobnie jak w przypadku szpargałów trzymanych w szufladzie – ochrona przed stratą, nieodwołalnym rozstaniem z przeszłością.

Takim rozstaniem jest pożegnanie się z nierealnymi nadziejami, położenie kresu bezowocnym rozmyślaniom, jak życie mogłoby wyglądać, czekanie na zdarzenie, które ma odmienić los. Mimo że nadzieje, marzenia i wiara w lepszą przyszłość stanowią konieczny element naszego życia, bo chronią nas przed apatią, biernością i samobójstwem, to jednak stosowane w nadmiarze odgradzają od tego, co rzeczywiste i podlegające wpływowi. W takim sensie mogą być rupieciem psychiki – dopóki nie pojawia się zgoda na rezygnację z nich, dopóty nie ma szans na prawdziwy rozwój i samorealizację.

Jednak ceną wyrzucenia niepotrzebnych rzeczy jest uznanie, że sentyment do nich, miłe uczucie, jakie wywołują, są czymś zwodniczym. Jeśli marzenie jest tak ulotne, że trzeba znieruchomieć, by go nie utracić – znieruchomieć, czyli zaprzestać aktywności życiowej – wówczas obraca się przeciwko marzącemu i odgradza go od świata.

Melanie Klein, znana brytyjska psychoanalityczka, mówiła o pozycji depresyjnej, czyli o stanie, jaki przyjmuje człowiek dojrzały, gdy świadomie rezygnuje z fantazjowania na rzecz mniej przyjemnego, ale dużo bardziej rozwijającego kontaktu z rzeczywistością, także z jej smutnym, depresyjnym właśnie obliczem. Aby doświadczyć pełni życia, trzeba oddać złudzenia, przestać poddawać się sentymentowi, czyli zdecydować się zostawić coś za sobą, by pójść
naprzód.

                                                                                                                      MICHAŁ CZERNUSZCZYK

Autor jest psychologiem i psychoterapeutą. Prowadzi terapię indywidualną i grupową dorosłych i młodzieży w warszawskiej Pracowni Terapii i Rozwoju.
Przeczytano 9769 razy