środa, 12 styczeń 2011 14:31

Co jest pomiędzy

Kiedyś, za moich młodych lat, mówiło się, że ktoś ma „duże dzieci” albo „małe dzieci”.

 

Nie używało się słów „dorosłe dzieci”. Jedna z moich koleżanek ze szkoły podstawowej, żyjąca w nieco bogatszej rodzinie, została w domu jako panna na wydaniu, wstydliwie oczekująca staranta. Druga wyszła za mąż w piętnastym roku życia. Inne pracowały „na gospodarce” lub poszły do jakichś szkół – w większości do internatu i poza rodziną. Rys dorosłości i odpowiedzialności kształtował się wcześnie (czasem zbyt wcześnie), stanowiąc pewien rodzaj konieczności życiowej.


Było więcej biedy, z której wyjściem była praca. Dobre dzieci zajmowały się starymi rodzicami, złe dzieci porzucały je na pastwę losu. Nic się nie zmieniło. Taka sytuacja wymuszała zaradność życiową dzieci, co poza środowiskami patologicznymi oznaczało podjęcie pracy. Praca oznaczała jakieś zarobki, co prowokowało samostanowienie. Samostanowienie wraz z odpowiedzialnością są najważniejszym rysem dorosłości.

Opisany porządek społeczny akceptował stosunkowo wczesną dorosłość. Pomagał oddzielić się od rodziny i budować indywidualną przestrzeń życiową oraz odpowiedzialność. Wyjeżdżało się do pracy na drugi koniec Polski. Z konieczności ekonomicznej. Teraz też się wyjeżdża, nawet na drugi koniec świata – często z tego samego powodu. Niektóre dzieci czynią to symbolicznie – jako akt odcięcia pępowiny. Z konieczności psychologicznej.

 

Nie jestem rzecznikiem opinii, że „kiedyś” było lepsze. Miało swoje dobre i złe strony. W tak zwanych dzisiejszych czasach moją uwagę zwraca raczej inny fakt. Jest nim infantylizowanie dorastających dzieci w rodzinach o średnim i wyższym poziomie życia. Dorosłe dzieci (18–25 lat) bywają zbyt często zawłaszczane życiowo: mają żyć tak a tak, dokonywać takich a takich wyborów, być tym, kim wymarzyli sobie rodzice, że dziecko będzie. I za to otrzymuje takie a takie nagrody. Tak zwane kary są odbieraniem nagród i przywilejów.

 

Oczywiście, istnieje także drugi kraniec – dzieci opuszczone zbyt wcześnie. Mam na myśli opuszczenie psychiczne na rzecz własnych spraw: absorbująca praca zawodowa, rozwód i nowe związki rodziców, pozostawiających dorastające lub świeżo dorosłe dzieci w samotności emocjonalnej.

 

W swojej pracy psychoterapeutycznej zauważam, że częstym problemem młodych w ich kon­stytuo­waniu się jako odrębnej rodziny są rodzice. Błogosławieństwem są rodzice, którzy potrafią z boku, subtelnie i przyjaźnie towarzyszyć krzepnięciu młodej rodziny, szczególnie gdy pojawi się dziecko. Jednak niektóre babcie nie wyobrażają sobie, że ktoś inny niż one może zajmować się dziećmi w sposób najlepszy na świecie. One taki patent mają z racji doświadczenia w wychowywaniu swoich dzieci. Każdy inny wariant jest obrazą majestatu. Co to oznacza dla młodej mamy? Pouczenia (mogą być jawne lub subtelne), jak wychowywać dziecko i coś znacznie więcej: pouczenia, jak żyć.

 

Pragnę podkreślić, że pouczenia są czymś innym niż nieinwazyjne doradzanie, szanujące pragnienia i prawa drugiej osoby. Inwazyjne, nawet bardzo subtelnie wyrażone, zawsze wywołuje bunt młodej mamy czy taty. A dodatkowo, powoływanie się na argument typu „jak dobrze cię wychowałam” rodzi opór i złość – nie ma przecież idealnych, czyniących jedynie dobro rodziców. Jeśli inwazyjna postawa nakierowana jest na żonę ukochanego syna – dochodzi do perturbacji małżeńskich, a to prowokuje napięcia. W najlepszym razie młodzi próbują wypracować dystans i granice.


Dylematy mężczyzny – jak ustalić nowe relacje z matką, nie raniąc ani matki, ani żony. Jeśli kobieta ma równie opiekuńczych rodziców, jej dylematy są takie same. Bywa, że jest to zadanie niemożliwe do wykonania, jeśli po którejś ze stron podatność na zranienie jest wysoka, zaś opór po stronie rodziców silny (tylko oni mają zawsze rację). Najczęściej występuje wtedy poważny kryzys – dobrze, jeśli jest to „tylko” kryzys relacji z rodzicem, a nie kryzys w małżeństwie. Niestety, przy silnych związkach z rodzicem występuje jeden i drugi. Tworzy się pat, na rozstrzygnięcie którego ludzie potrzebują często raczej lat niż dni czy tygodni.

 

To oczywiście da się przeżyć. Dobrze, jeśli w tej kwadraturze koła jest choć jedna osoba zrównoważona i dojrzała, z dostatecznie ustabilizowanym poczuciem Ja i uporządkowanym widzeniem rzeczy. Taka, która jest w stanie wyrobić w sobie wystarczający dystans emocjonalny. Bywa, że jest to jeden z rodziców, ale też może to być któreś z młodych.

 

Czasem warto ich słuchać. Sytuacja opisana powyżej dotyczy młodych (dla swych rodziców wciąż dzieci), dla których krokiem w dorosłość było podjęcie zadań zawodowych, co uczynili, założenie rodziny, co również nastąpiło, i przyj­ście na świat dziecka. Wszystko tak jak należy: w swoim czasie (wieku rozwojowym), zgodnie ze społecznymi wartościami i normami, w pozytywnej więzi ze sobą i rodzicami. A jednak pojawia się kryzys i szukanie pomocy w terapii małżeńskiej. Dlaczego? Z grzechu zawłaszczania. To jeden kraniec problemów z obszaru relacji dzieci – rodzice.

 

Drugi kraniec to porzucenie. Zawezwanie zbyt wcześnie do samodzielności, w czym nie byłoby nic złego pod warunkiem, że samodzielność ta zostałaby w jakiejś części zaopiekowana. Zaopiekowana subtelnie i z wyczuciem, bez zawłaszczania właśnie, zaopiekowana tak, jak ramię podane do pomocy i gotowe podtrzymać, gdy zajdzie potrzeba. Jeśli u czytających te słowa pojawi się smutek i żal, to znaczy, że tego nie otrzymali, że zostało jakieś zranienie i ból. Coś z tego doświadczenia jest żywe do dziś – niezależnie od wieku metrykalnego.

 

Chłodny wychów to ćwiczenie samodzielności, które zbyt często staje się ćwiczeniem samotności. Samotność jest stanem deprywacji najważniejszej w życiu wartości i potrzeby, jaką jest więź. Samotność może prowadzić do desperacji i aktów destrukcyjnych, którym towarzyszy nieświadomość przyczyn. Gwałtownych zmian życiowych, aktów nieodpowiedzialności, agresji wobec rodziców lub odcięcia się od nich. Relacje z dorosłymi dziećmi bywają wypaczone przez przedwczesny trening dojrzałości, odsunięcie i obcość.

 

Sytuacja taka wynikać może z kondycji rodzica i jego zmęczenia: dostałeś tyle, ile mogłem ci dać, na więcej nie mam siły. Czasem wynika z pasji poświęcenia się jakiejś ważnej sprawie, gdy dziecko jest tylko dodatkiem do fascynującego życia własnego i ambicji życiowych.

 

Przypomina mi się pewna para. Żona miała  żal do męża, ponieważ zawsze w towarzystwie znajomych i nieznajomych on zajmował się tylko relacjami z innymi, pozostawiając ją na boku. Spotykali się ze znajomymi męża (bo ona nie pracowała) i w takich sytuacjach ona czuła się fatalnie. Mąż bronił się do momentu, w którym poprosiłam go o znalezienie sytuacji w swoim życiu, gdy czuł się podobnie podle, jak opisywała żona. Najpierw wydawało się, że nie przeżył nigdy takiej sytuacji.

 

Pomyślałam, że może właśnie dlatego nie może okazać żonie zrozumienia. Nagle jednak coś się zmieniło. Ze łzami w oczach zaczął mówić. Tak, przypomniał sobie taką sytuację. Chodzi o ojca-idola. Supermana zajętego różnymi obowiązkami. Oczekiwanie dziecka, a potem marzenie dorastającego syna, by choć raz w życiu być sam na sam z ojcem na wakacjach.

 

Wreszcie obietnica: pojadą tylko we dwóch na ryby. Postawią namiot i spędzą czas tylko ze sobą. Nacieszą się sobą. Więc szykowanie sprzętu, podniecenie, radość i wyjazd. Jeden cudowny, upragniony dzień razem... Ale po drugiej stronie jeziora ojciec zobaczył znajomych. Wesołych, inteligentnych, zabawnych. Koniec bajki. Syn przekonał się, że nie można liczyć na lojalność w miłości, bo to owocuje zranieniem. Wściekłość i odwet przeniósł nieświadomie na żonę, której obiecywał wyłączność w byciu na szczególnych zasadach. Lecz obietnic tego rodzaju się nie dotrzymuje, takie jest życie. Grzechem rodziców jest zarówno zawłaszczanie, jak i porzucenie. Czy jest coś pomiędzy? Z braku lepszego pomysłu przytoczę jedną z moich ulubionych mądrości Kahila Gibrana:


Wasze dzieci nie są Waszą własnością; są synami i córkami samej Mocy Życia. Przybywają przez Was, ale nie z Was. Przebywają z Wami, a mimo wszystko do Was nie należą. Możecie dać im swą miłość, lecz nie Wasze idee, ponieważ one mają swoje idee. Możecie dać dom ich ciałom, lecz nie ich duszom, ponieważ ich dusze przebywają w domu jutra. Możecie starać się dotrzymać im kroku, lecz nie próbujcie upodobnić ich do siebie. Ponieważ życie nie cofa się i nie zatrzymuje  w dniu wczorajszym. Jesteście jak łuk, z którego Wasze dzieci jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód.

 

Wanda Trabert

 

Autorka jest psychologiem klinicznym, certyfikowanym psychoterapeutą i superwizorem psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Pracuje w Instytucie Psychologii Zdrowia w Warszawie. Zajmuje się terapią rodzin z problemem alkoholowym.

Przeczytano 8718 razy
Więcej w tej kategorii: Uśmiecham się do siebie »