wtorek, 16 sierpień 2016 01:03

Technika, ucieczka, recepta?

Dodane przez 
Oceń artykuł
(0 głosów)

fot: Rosemarie Wirz/Getty Images

Rozmowy z ludźmi zainteresowanymi medytacją chrześcijańską ukazują, jak wiele mitów funkcjonuje na jej temat. Ujawniają one błędne rozumienie praktyki. Czym zatem chrześcijańska medytacja nie jest?

Nie jest techniką relaksacyjną

Postrzeganie medytacji chrześcijańskiej jako techniki relaksacyjnej byłoby poważnym redukcjonizmem. Medytacja chrześcijańska jest przede wszystkim formą modlitwy.

W swej strukturze zawiera elementy relaksacyjne. Ale kto szuka w medytacji wyłącznie relaksu, wcześniej czy później doświadczy zawodu. Medytacja bywa walką duchową, zmaganiem się ze swym ciałem, myślami czy emocjami. Może być duchowym, modlitewnym Westerplatte, na którym trzeba wytrwać, by przejść dalej. Znają to doświadczanie zwłaszcza uczestnicy intensywnej, dłuższej sesji medytacyjnej.

Błędną postawą w kontekście medytacji jest jej praktykowanie tylko wtedy, gdy wszystko w życiu się układa. W ten sposób tworzy się własną, zamykającą strefę komfortu. To płytki rodzaj praktyki, zawierający w sobie ukryte założenie o relaksacyjnym charakterze medytacji.

Proces jej pogłębiania dokonuje się m.in. wtedy, gdy nie dezerterujemy, choć doświadczamy wewnętrznej posuchy, konsekwencji grzechów, bólu, strapienia, cierpienia, straty. Medytacja w tym stanie ducha jest bardzo owocna. Pomaga przekroczyć własne ograniczenia.

Podejście: „nie usiądę do medytacji, zanim nie będę czuł się w porządku przed Bogiem” jest pomyleniem przyczyny i skutku. W medytacji nie trzeba na nic zasługiwać przed Bogiem, niczym się wykazywać. On obdarza pełną akceptacją każdego – takim, jaki jest. W tym sensie to najgłębsza postać „relaksu” i punkt wyjścia do pielęgnowania miłosnej relacji z Niestworzonym.



Nie jest najlepszą drogą do Boga

Trzeba dużej arogancji, by twierdzić, że medytacja jest najlepszą praktyką duchową, wiodącą do pogłębienia relacji z Bogiem. Chrześcijaństwo oparte jest na wolności – wolności człowieka, który podejmuje modlitewny trud, oraz wolności Boga, który prowadzi dialog ze stworzeniem tak, jak chce. Boża łaska potrafi dotknąć i przemienić człowieka w najróżniejszych sytuacjach.

Duchowość chrześcijańska obfituje w bogactwo modlitewnych form. Medytacja jest jedną z nich. Uczy prostej, adoracyjnej, miłującej obecności przed Bogiem – swoistej „świętej pamięci” o Nim, gdziekolwiek się jest i cokolwiek się robi. W tym sensie jest praktyką fundamentalną i uniwersalną. Jeśli ktoś pragnie tego rodzaju modlitwy, jest zaproszony do wkroczenia na ścieżkę medytacji.

Esencją tej praktyki jest pielęgnowanie miłości do Boga. W zależności od różnych momentów w życiu wyraża się ją na wiele sposobów: słowem, działaniem, śpiewem, tańcem czy obecnością. Kluczowe jest miłos­ne zasłuchanie serca-umysłu i wierność praktyce.

Medytacja nie jest techniką „zdobywania” Boga. Zresztą aspekt techniczny medytacji, np. przyjęcie określonej postawy ciała, to kwestia absolutnie wtórna. Forma, technika są jedynie pomocą w modlitwie. Sama modlitwa medytacyjna jest ostatecznie bezforemna, wykracza poza jakąkolwiek technikę.

Nie jest ucieczką od rzeczywistości

Wręcz przeciwnie. Medytacja prowadzi do rzeczywistości i osadza w teraźniejszości. Ułatwia samopoznanie tego, co „nosimy” w sobie (myśli, emocje, pragnienia). Odziera ze złudzeń i fantazmatów. Pogłębia kontakt z samym sobą.
Ułatwia również stanięcie twarzą w twarz z codziennością i jej wymaganiami. Nie oddziela od kłopotów, np. wytwarzając jakieś sztuczne euforyczne stany. Nie jest jeszcze jednym „odurzaczem” (tyle że znacznie mniej destrukcyjnym niż np. używki), po który można sięgnąć, by „odlecieć”.

Jeśli medytujący odczuwa radość, medytuje jako radosny człowiek. Jeśli odczuwa ból, medytuje jako obolały człowiek. W każdej sytuacji buduje swój wewnętrzny silny ośrodek, nieutracalny dom: serce-umysł, które trwa w miłującej obecności przed Bogiem, niezależnie od okoliczności; pomaga akceptować wyzwania i zmagać się z nimi.

Jako praktyka duchowa, która jest przenoszona w życie, medytacja wskazuje na potrzebę właściwego działania w określonych sytuacjach. Nie ma mowy o podziale: „tu jest moja medytacja”, a „tam rzeczywistość mojego życie”.

Nie jest receptą na rozwiązanie problemów

Bywa, że trudności życiowe są katalizatorem i wywołują zainteresowanie medytacją. Nie ma w tym nic złego. Któż ostatecznie nie doświadcza bólu istnienia i nie szuka natchnienia czy siły do jego przezwyciężenia w praktyce duchowej... Każdy moment jest dobry, by zacząć medytację – zwłaszcza gdy odsłania się w sercu-umyśle tęsknota za Niestworzonym.
Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy ktoś traktuje medytację utylitarnie – jako receptę na rozwiązanie problemów: „Wszystkiego już próbowałem... Sięgnę po medytację, bo mi się w życiu nie układa”. Motyw jako motyw. Jeśli pozostaniemy na tym poziomie, trudno będzie o wytrwałość w praktyce. Pojawi się rozczarowanie.

Medytacja to nie magiczna recepta na uzdrowienie życia w jego różnych dysfunkcjach. Problemy życiowe należy rozwiązywać tam, gdzie się pojawiają, i adekwatnie do wymaganych środków. Jeśli np. ktoś zmaga się z problemami finansowymi czy toksycznymi relacjami w pracy, to dzięki samej medytacji nie rozwiąże ich.

Niemniej wspiera ona tego rodzaju procesy przemian i może dodać siły do ich urzeczywistnienia. Medytacja buduje np. cierpliwość, dyscyplinę, koncentrację, uczy dystansu, wyrozumiałości – a to pomocne życiowo cnoty i postawy.

Nie czyni nikogo świętym

Istnieje tendencja do idealizowania tego, kto medytuje – oczekiwanie, że będzie osobą bezbłędną, bezgrzeszną, świątobliwą. Dotyczy to zwłaszcza liderów i nauczycieli jakiejkolwiek zresztą praktyki duchowej. Projektuje się na nich własne odrealnione wyobrażenia i przekonania.

Praktykowanie medytacji nie oznacza automatycznego stawania się świętym. Niewątpliwie jednak świadectwo wielu świątobliwych osób – niezależnie, w jakim okresie historycznym żyły – ukazuje, że każda szczera praktyka duchowa wspiera w dążeniu do świętości. Podobnie jest z medytacją.

Znamy przecież świętych, którzy praktykowali medytację niedyskursywną (np. św. Jan Kasjan, św. Grzegorz Palamas). Powtarzanie krótkiej formuły modlitewnej było np. receptą na pokonanie logismoi – myśli namiętnych, które są źródłem grzechów głównych.

Dzięki praktyce łatwiej nieść rozmodlone serce-umysł w relacje międzyludzkie, co stanowi dobry punkt wyjścia do pielęgnowania chrześcijańskich cnót: miłości, przebaczenia, opanowania czy bezinteresowności. Poznając i akceptując podczas medytacji siebie, własne słabości, ukryte egoistyczne motywy, a następnie przepracowując je, mamy większą zdolność, by w codzienności właściwie myśleć, mówić i działać.

Poza tym medytacja uczy porzucania tego, co stworzone, uwalniania od samego siebie i kierowania całego serca-umysłu ku Niestworzonemu. A to oznacza praktyczne urzeczywistnianie pierwszego przykazania miłości Boga.

Nie jest ezoteryczną praktyką

W medytacji nie ma nic tajemniczego, niedostępnego dla zwykłych ludzi. Jest ona integralną częścią tradycji duchowej chrześcijaństwa. O praktyce medytacyjnej można przeczytać zarówno w podręcznikach akademickich, jak i w klasycznej literaturze duchowej.

Zdarzają się ludzie, którzy szukają w medytacji nadzwyczajnych stanów świadomości, mocy duchowych pozwalających lewitować, mieć nadzmysłowe widzenia czy wpadać w trans. Esencja chrześcijańskiej medytacji nie ma z tym nic wspólnego.
Owszem, zdarzają się podczas praktyki momenty, które w codziennym życiu występują rzadziej, np. sakralne uniesienie, wgląd w naturę danego zjawiska, doświadczenie natchnienia, odprężenie, uchwycenie jakiegoś aspektu samego siebie, ale mogą pojawić się także trudne wspomnienia, zepchnięte kiedyś do podświadomości, zmysłowe złudzenia czy napięcia w ciele. Są to jednak rzeczy całkowicie naturalne i dostępne dla każdego człowieka. Nie należy nadawać im szczególnego znaczenia ani specjalnie ich szukać. Obecne są one również w innych praktykach religijnych.

Św. Jan od Krzyża zachęcał, by nie wiązać się z żadnymi przyrodzonymi i nadprzyrodzonymi stanami duchowymi, nawet jeśli pochodziłyby od Boga. Gdyby na medytacji działo się coś budzącego niepokój czy zadziwienie, zawsze można porozmawiać z towarzyszem na ścieżce medytacji – kimś bardziej doświadczonym.

Im więcej w medytacji zwyczajności (pielęgnowania prostej, modlitewnej, miłującej obecności osadzonej w codzienności), tym lepiej – tym ona zdrowsza. Im więcej łapczywości i szukania dziwactw – tym gorzej.

Nie jest tylko dla wybranych

Każdy człowiek jest zaproszony do pielęgnowania intymnej, miłosnej relacji z Bogiem. Jeśli chce, może to czynić na ścieżce medytacji. Nie jest to praktyka przeznaczona dla wybranej kategorii ludzi, np. zakonnic czy mnichów, którzy mają czas i sprzyjające warunki w klasztorze. Dziś mamy do czynienia z pewnym paradoksem – do medytacji lgną przede wszystkim świeccy. I, niestety, czasem spotykają się z niezrozumieniem części duchownych.

Medytacja jest prostą, „ubogą” praktyką, zarazem bardzo owocną. Nie wymaga żadnego specjalnego miejsca ani środków. By ją praktykować, nie trzeba porzucać świata, wstępować do klasztoru, udawać się do pustelni, oczekując, że właśnie tam wydarzy się przemieniające doświadczenie duchowe.

Jeśli nawet pozostawiamy swój dotychczasowy sposób życia, udając się np. na odosobnienie – sesję medytacyjną, to nie dlatego, by w niej pozostać. Intensywniejszy czas praktyki jest między innymi po to, by powrócić w codzienność. Jeśli natomiast życie ze swoim dynamizmem notorycznie przeszkadza w medytacji, to znak, że coś niedobrego dzieje się z praktyką i trzeba ją zweryfikować.

Im bardziej ktoś jest zabiegany, znajduje się w wirze życia, doskwiera mu „wrzask” świata i nie ma czasu na medytację, tym bardziej powinien po nią sięgnąć. Oczekiwanie, że najpierw trzeba stać się jakąś specjalną osobą i znaleźć idealne warunki do praktyki, sprawi, że najprawdopodobniej nigdy nie wkroczymy na ścieżkę medytacji.

Nie jest zamknięciem się w sobie

Spotkać się można z zarzutem, że osoba medytująca koncentruje się na sobie i unika ludzi. Nic bardziej błędnego. Zdecydowana większość uczestników spotkań medytacyjnych radzi sobie w życiu – pełnią obowiązki zawodowe, rodzinne, społeczne. Tam, gdzie postawiła ich Opatrzność, pomagają innym.

Medytacja jest konkretną pracą duchową. Jej jakość ostatecznie weryfikuje się w relacji z bliźnimi. Wyznacznikiem jest prawo miłości: czy potrafimy na tej ścieżce bardziej kochać ludzi, być wrażliwymi na cierpienie stworzenia i nieść ulgę?
Ludzie nierozumiejący praktyki medytacyjnej pytają niekiedy: A po co tak siedzieć? Lepiej wziąć się za jakąś robotę. Tylu ludzi potrzebuje pomocy.

Owszem, zaangażowanie na rzecz zaspokojenia ludzkich potrzeb materialnych jest bezcenne. Ale medytacja wskazuje na samo jądro człowieczeństwa – głód duchowy. Niezaspokojony może prowadzić do niebezpieczeństwa – wewnętrznego usychania i karłowacenia.

Choć medytację można praktykować w tłumie (np. na dworcu kolejowym), do wzrastania w niej potrzebne są okresy formalnego odosobnienia. Osobista, codzienna medytacja jest podstawą. Dobrze jest także brać udział w sesjach medytacyjnych.

Aby przybliżyć sens odosobnienia, można się posłużyć metaforą słońca, które daje światło i ogrzewa. Medytacja to szczególny czas wystawienia swego serca-umysłu na działanie Niestworzonego. Po formalnym zakończeniu sesji medytacyjnej zaczyna się kolejna faza praktyki duchowej, by wnieść w relacje międzyludzkie i życie naznaczone troskami trochę więcej Bożego światła i ciepła. 

DARIUSZ HYBEL jest nauczycielem w lubińskim Ośrodku Medytacji Chrześcijańskiej, z którym jest związany od 1991 roku, a także koordynatorem grupy medytacji chrześcijańskiej przy Farze Poznańskiej. Przez wiele lat był asystentem o. Jana Berezy OSB.

Przeczytano 788 razy Last modified on wtorek, 16 sierpień 2016 11:17
wydawca