Ale wszystko ulega przemijaniu, więc nieubłaganie nadejdzie też starość z wadami spodziewanymi oraz tymi, których spodziewać się nie możemy – i dobrze, bo oznacza to nieustające niespodzianki. Niespodzianki złotej jesieni życia bez opadających zbyt wcześnie
liści. Albo jesieni samotnej, wilgotnej, dotkliwie chłodnej.
Nie wiemy, czy ostateczny wybór należy do nas. Jakiej barwy jesień przypadnie nam w udziale. Złota jesień lepsza podobno od niezłotej. Jakiś wpływna to mamy...
Przyglądając się niedoskonałej starości, można powiedzieć, że posiada ona status dzieła nieudanego, więc może także nieskończonego... Dzieła oczekującego ostatecznego ornamentu, którym mogłoby być wszystko, byle mieściło się w naszym wyobrażeniu o starości udanej. W zbiorze oczekiwanych potencjalnych ornamentów nie mieści się śmierć, jakby starość miała prowadzić do czegoś innego.
Można dojść do przewrotnego wniosku, że oto starość jest interesująca w wymiarze rzeczonego nieudania. Ta właśnie wada starości stoi w sprzeczności z naszym oczekiwaniem i zapotrzebowaniem na całe życie pełne radości i szczęścia. Wyobrażane jako nieprzerwane pasmo dobrych zdarzeń: uśmiechnięta rodzina, lojalni i bezinteresowni przyjaciele, ciekawa praca, dalekobieżne wakacje, niebanalne zainteresowania. Chętnie przystalibyśmy na to, by Ktoś na Wysokościach wyręczył nas w staraniach o taki rozwój wydarzeń... A może starość jest czasem, w którym nieubłaganie spada na nas odpowiedzialność za wszelkie przejawy naginania życiorysów do otaczającej rzeczywistości? Za wszystko to, co tak skrzętnie sobie wybaczaliśmy, a co wynikało z niecelnych wyborów, lęku, braku przezorności, wyrozumiałości czy przenikliwości...
Tak często mówimy: „Jakoś to będzie!”. Rzeczywiście – będzie, ale tylko „jakoś”. Postulujemy nieustannie o starość niedojmującą, lekką jak młodość, żarliwą jak książkowy romans, pełną spokojnych, ciekawych przygód rodzinno-towarzyskich.
A starość płata figle: nie daje się przewidzieć, sformatować, ująć, czasem w ogóle nie chce nastąpić.
Starość, jak każda część naszego życia, wymaga pewnych inwestycji. Agent emerytalny zaleci z pewnym niezauważalnym naciskiem zabezpieczenie finansowe. Niezależnie od stanu konta i posiadania, u osoby duchownej szukać będziemy pocieszenia.
Nie ominie nas jednak przestroga, by przyjrzeć się wnikliwiej małżowinie igielnej. U najbliższych i przyjaciół znajdziemy być może dobre słowo, życzliwość, wyrozumiałość dla słabości wieku. Co znajdziemy w nas samych, gdy zerkniemy nieopatrznie w serca, umysły i dusze? Jakie pytania nie dadzą spokoju do końca dni, a jakie odpowiedzi zaspokoją? Które ze wspomnień odpędzanych ruchem ręki od nadgarstka zawstydzi i zniknie, by znów powrócić nieoczekiwanie, acz nieustępliwie. A które będzie wspomnieniem wywołującym uśmiech zadowolenia, spełnienia i braku wątpliwości. Tego nie wiemy. Wspomnienia, jeśli specjalnie nie łudzą sentymentalnością, są tylko i aż tymi, na które zasłużyliśmy.
Jak gra w statki, której nie sposób przerwać: wspomnienia dobre – trafiony, wspomnienia złe – zatopiony. Można jeszcze dryfować, byle w wybranym wcześniej kierunku. Niczego jednak już nie możemy odwrócić. W niektórych przypadkach jedynie zadośćuczynić. Jeśli otrzymujemy taką szansę, to w loterii życiorysów trafiliśmy los z wysoką wygraną. Sześciocyfrową albo nawet siedmio. Jeśli zaś nie sposób uczynić zadość, to... No właśnie, co? Może nic. Może tylko tyle, że nie uwolnimy się od samych siebie aż do śmierci. A i to nie jest pewne.
Spodziewając się szczęśliwego zakończenia, przyjdzie nam porównać to oczekiwanie z zakończeniami uważanymi za nieszczęśliwe. Zgoda na rozwój wydarzeń ze wszystkimi płynącymi z tych wydarzeń atrakcjami pozwala spojrzeć na własne życie z innej perspektywy – szerszej, jeśli uznamy samych siebie za niezbędnych. Wtedy i inni będą dla nas niezbędni. Ta niezbędność powinna być obowiązująca. Obowiązek niezbędności mógłby być stosownym ornamentem starości.
liści. Albo jesieni samotnej, wilgotnej, dotkliwie chłodnej.
Nie wiemy, czy ostateczny wybór należy do nas. Jakiej barwy jesień przypadnie nam w udziale. Złota jesień lepsza podobno od niezłotej. Jakiś wpływna to mamy...
Przyglądając się niedoskonałej starości, można powiedzieć, że posiada ona status dzieła nieudanego, więc może także nieskończonego... Dzieła oczekującego ostatecznego ornamentu, którym mogłoby być wszystko, byle mieściło się w naszym wyobrażeniu o starości udanej. W zbiorze oczekiwanych potencjalnych ornamentów nie mieści się śmierć, jakby starość miała prowadzić do czegoś innego.
Można dojść do przewrotnego wniosku, że oto starość jest interesująca w wymiarze rzeczonego nieudania. Ta właśnie wada starości stoi w sprzeczności z naszym oczekiwaniem i zapotrzebowaniem na całe życie pełne radości i szczęścia. Wyobrażane jako nieprzerwane pasmo dobrych zdarzeń: uśmiechnięta rodzina, lojalni i bezinteresowni przyjaciele, ciekawa praca, dalekobieżne wakacje, niebanalne zainteresowania. Chętnie przystalibyśmy na to, by Ktoś na Wysokościach wyręczył nas w staraniach o taki rozwój wydarzeń... A może starość jest czasem, w którym nieubłaganie spada na nas odpowiedzialność za wszelkie przejawy naginania życiorysów do otaczającej rzeczywistości? Za wszystko to, co tak skrzętnie sobie wybaczaliśmy, a co wynikało z niecelnych wyborów, lęku, braku przezorności, wyrozumiałości czy przenikliwości...
Tak często mówimy: „Jakoś to będzie!”. Rzeczywiście – będzie, ale tylko „jakoś”. Postulujemy nieustannie o starość niedojmującą, lekką jak młodość, żarliwą jak książkowy romans, pełną spokojnych, ciekawych przygód rodzinno-towarzyskich.
A starość płata figle: nie daje się przewidzieć, sformatować, ująć, czasem w ogóle nie chce nastąpić.
Starość, jak każda część naszego życia, wymaga pewnych inwestycji. Agent emerytalny zaleci z pewnym niezauważalnym naciskiem zabezpieczenie finansowe. Niezależnie od stanu konta i posiadania, u osoby duchownej szukać będziemy pocieszenia.
Nie ominie nas jednak przestroga, by przyjrzeć się wnikliwiej małżowinie igielnej. U najbliższych i przyjaciół znajdziemy być może dobre słowo, życzliwość, wyrozumiałość dla słabości wieku. Co znajdziemy w nas samych, gdy zerkniemy nieopatrznie w serca, umysły i dusze? Jakie pytania nie dadzą spokoju do końca dni, a jakie odpowiedzi zaspokoją? Które ze wspomnień odpędzanych ruchem ręki od nadgarstka zawstydzi i zniknie, by znów powrócić nieoczekiwanie, acz nieustępliwie. A które będzie wspomnieniem wywołującym uśmiech zadowolenia, spełnienia i braku wątpliwości. Tego nie wiemy. Wspomnienia, jeśli specjalnie nie łudzą sentymentalnością, są tylko i aż tymi, na które zasłużyliśmy.
Jak gra w statki, której nie sposób przerwać: wspomnienia dobre – trafiony, wspomnienia złe – zatopiony. Można jeszcze dryfować, byle w wybranym wcześniej kierunku. Niczego jednak już nie możemy odwrócić. W niektórych przypadkach jedynie zadośćuczynić. Jeśli otrzymujemy taką szansę, to w loterii życiorysów trafiliśmy los z wysoką wygraną. Sześciocyfrową albo nawet siedmio. Jeśli zaś nie sposób uczynić zadość, to... No właśnie, co? Może nic. Może tylko tyle, że nie uwolnimy się od samych siebie aż do śmierci. A i to nie jest pewne.
Spodziewając się szczęśliwego zakończenia, przyjdzie nam porównać to oczekiwanie z zakończeniami uważanymi za nieszczęśliwe. Zgoda na rozwój wydarzeń ze wszystkimi płynącymi z tych wydarzeń atrakcjami pozwala spojrzeć na własne życie z innej perspektywy – szerszej, jeśli uznamy samych siebie za niezbędnych. Wtedy i inni będą dla nas niezbędni. Ta niezbędność powinna być obowiązująca. Obowiązek niezbędności mógłby być stosownym ornamentem starości.
Adam Nowak



