– No nic, potem sobie przypomnę, to dokończymy...
A co u ciebie?
Zaczęłam opowiadać, ale tak, żeby nie było smutno – same wesołe historie. Sypałam anegdotami, Zbyszek śmiał się jak dziecko i droga nam się nie dłużyła. Kiedy zbliżałam się do puenty najciekawszej historii, znowu zadzwonił telefon. Tym razem do mnie. Tak długo ustalałam z dźwiękowcem terminy pracy w studio, że kiedy zakończyłam rozmowę, żadne z nas nie pamiętało, o czym traktowała moja pasjonująca opowieść.
– Na pewno sobie nie możesz przypomnieć? – pytałam z nadzieją, bo wiedziałam, że puenta by go zachwyciła.
– No... nie przypomnę sobie... za Boga... bo jeszcze odpowiadałem w tym czasie na SMS-y. Ale poczekaj, poczekaj, zanim ty sobie przypomnisz, powiem ci coś bardzo ważnego, co właśnie sobie przypomniałem i już od dawna chciałem ci o tym powiedzieć.
– Mów.
Zaczął i było na tyle ciekawie, że wciągnęłam się w jego opowieść do tego stopnia, że zapomniałam o przypominaniu sobie tej (zapomnianej przed chwilą) mojej opowieści. Mówił długo i ważna historia jeszcze nie dobiegała końca, gdy niemal jednocześnie zadzwoniły nasze telefony. Zaczęliśmy się śmiać, ale odebraliśmy je, bo dzwoniły nasze dzieci. Jak nietrudno się domyśleć, po rozmowach z dziećmi nikt z nas nie pamiętał, o czym wcześniej rozmawialiśmy. Pamięć się na nas obraziła. I tak było jeszcze kilka razy, do samego Wrocławia.
Do dzisiaj się śmiejemy na wspomnienie tej podróży. Jedno jest pewne – gdyby los znowu kiedyś wysłał nas dokądkolwiek – będzie o czym pogadać!
Tylko jedną opowiedzianą przez Zbyszka historię zapamiętam chyba na całe życie. Gdybym jednak była zbytnią optymistką, zajrzę sobie do trzeciego numeru „Stylów i Charakterów”, bo postanowiłam opowiedzieć ją Państwu teraz...
Byłam kiedyś na spacerze z moim psem, niejakim Markotnym, i zobaczyłam na łące całujących się i przytulających starszych ludzi.
Do tego stopnia starszych, że nawet mnie zadziwił ten widok. Ponieważ kobieta wydała mi się kimś bardzo podobnym do pani Józefy, czyli mamy Zbyszka, zapytałam go:
– Czy to możliwe, żeby twoja mama przytulała się intensywnie na naszej łące do jakiegoś obcego pana?!
– Tak, tak – odpowiedział, śmiejąc się. – Posłuchaj tylko, co to była za historia. Otóż mama przyjeżdżała do nas raz w miesiącu,
nacieszyć się wnukami.
Po nacieszeniu się wracała do siebie, to znaczy do Brzezin pod Łodzią. Zawsze odwoziłem ją na dworzec autobusowy. Któregoś razu miała cięższy bagaż i poprosiłem pana siedzącego obok w autobusie, aby pomógł mamie przy wysiadaniu – co obiecał. Minął miesiąc. Znów odwożę mamę na ten sam dworzec i znów koło mamy siedzi ten sam pan. Okazało się, że on także przyjeżdża do Warszawy raz w miesiącu, chyba na zebrania Związku Przesiedleńców, a potem wraca do siebie, do Łodzi. Podróżowali tak kilka razy i – co ci będę długo opowiadał – w łódzkiej restauracji „Anatewka” wyznali sobie miłość. Mama była wdową już od dwudziestu dziewięciu lat, a pan Mirek wdowcem od ośmiu. Gdy upewnili się, że razem jest im lepiej niż oddzielnie, postanowili mieć jeden adres – zamieszkali razem.
Spytałam z niedowierzaniem:
– I w dalszym ciągu się kochają, mimo że razem mieszkają na co dzień?!
– Jak papużki nierozłączki – powiedział Zbyszek. – Zakochani są w sobie bez pamięci! Sama widziałaś na łące, jak to wygląda.
Fakt. Widziałam. Zakochani bez pamięci... A z nią różnie bywa, coś o tym wiem... Żeby tylko nie zapomnieli, którego i o której godzinie ślub.
Bo już po zapowiedziach.
Pozdrawiam
A co u ciebie?
Zaczęłam opowiadać, ale tak, żeby nie było smutno – same wesołe historie. Sypałam anegdotami, Zbyszek śmiał się jak dziecko i droga nam się nie dłużyła. Kiedy zbliżałam się do puenty najciekawszej historii, znowu zadzwonił telefon. Tym razem do mnie. Tak długo ustalałam z dźwiękowcem terminy pracy w studio, że kiedy zakończyłam rozmowę, żadne z nas nie pamiętało, o czym traktowała moja pasjonująca opowieść.
– Na pewno sobie nie możesz przypomnieć? – pytałam z nadzieją, bo wiedziałam, że puenta by go zachwyciła.
– No... nie przypomnę sobie... za Boga... bo jeszcze odpowiadałem w tym czasie na SMS-y. Ale poczekaj, poczekaj, zanim ty sobie przypomnisz, powiem ci coś bardzo ważnego, co właśnie sobie przypomniałem i już od dawna chciałem ci o tym powiedzieć.
– Mów.
Zaczął i było na tyle ciekawie, że wciągnęłam się w jego opowieść do tego stopnia, że zapomniałam o przypominaniu sobie tej (zapomnianej przed chwilą) mojej opowieści. Mówił długo i ważna historia jeszcze nie dobiegała końca, gdy niemal jednocześnie zadzwoniły nasze telefony. Zaczęliśmy się śmiać, ale odebraliśmy je, bo dzwoniły nasze dzieci. Jak nietrudno się domyśleć, po rozmowach z dziećmi nikt z nas nie pamiętał, o czym wcześniej rozmawialiśmy. Pamięć się na nas obraziła. I tak było jeszcze kilka razy, do samego Wrocławia.
Do dzisiaj się śmiejemy na wspomnienie tej podróży. Jedno jest pewne – gdyby los znowu kiedyś wysłał nas dokądkolwiek – będzie o czym pogadać!
Tylko jedną opowiedzianą przez Zbyszka historię zapamiętam chyba na całe życie. Gdybym jednak była zbytnią optymistką, zajrzę sobie do trzeciego numeru „Stylów i Charakterów”, bo postanowiłam opowiedzieć ją Państwu teraz...
Byłam kiedyś na spacerze z moim psem, niejakim Markotnym, i zobaczyłam na łące całujących się i przytulających starszych ludzi.
Do tego stopnia starszych, że nawet mnie zadziwił ten widok. Ponieważ kobieta wydała mi się kimś bardzo podobnym do pani Józefy, czyli mamy Zbyszka, zapytałam go:
– Czy to możliwe, żeby twoja mama przytulała się intensywnie na naszej łące do jakiegoś obcego pana?!
– Tak, tak – odpowiedział, śmiejąc się. – Posłuchaj tylko, co to była za historia. Otóż mama przyjeżdżała do nas raz w miesiącu,
nacieszyć się wnukami.
Po nacieszeniu się wracała do siebie, to znaczy do Brzezin pod Łodzią. Zawsze odwoziłem ją na dworzec autobusowy. Któregoś razu miała cięższy bagaż i poprosiłem pana siedzącego obok w autobusie, aby pomógł mamie przy wysiadaniu – co obiecał. Minął miesiąc. Znów odwożę mamę na ten sam dworzec i znów koło mamy siedzi ten sam pan. Okazało się, że on także przyjeżdża do Warszawy raz w miesiącu, chyba na zebrania Związku Przesiedleńców, a potem wraca do siebie, do Łodzi. Podróżowali tak kilka razy i – co ci będę długo opowiadał – w łódzkiej restauracji „Anatewka” wyznali sobie miłość. Mama była wdową już od dwudziestu dziewięciu lat, a pan Mirek wdowcem od ośmiu. Gdy upewnili się, że razem jest im lepiej niż oddzielnie, postanowili mieć jeden adres – zamieszkali razem.
Spytałam z niedowierzaniem:
– I w dalszym ciągu się kochają, mimo że razem mieszkają na co dzień?!
– Jak papużki nierozłączki – powiedział Zbyszek. – Zakochani są w sobie bez pamięci! Sama widziałaś na łące, jak to wygląda.
Fakt. Widziałam. Zakochani bez pamięci... A z nią różnie bywa, coś o tym wiem... Żeby tylko nie zapomnieli, którego i o której godzinie ślub.
Bo już po zapowiedziach.
Pozdrawiam
Magda Umer



